Spośród krajów południowoamerykańskich Chile położone jest najdalej od Polski, ale jego najnowsza historia może być dla Polaków szczególnie interesująca i pouczająca. W ciągu ostatnich dekad XX wieku było o Chile na świecie szczególnie głośno, a to za sprawą burzliwych wydarzeń związanych z obaleniem socjalistycznego rządu przez wojskowych, którzy następnie sprawując rządy przez ponad 15 lat na drodze wolnorynkowych reform, uczynili kraj jedną z gospodarczych potęg Ameryki Południowej.
Sytuacja ta miała swój początek w latach 60., kiedy krajem rządziła Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna. Prasa światowa pisała wówczas o Chile jako o pionierskim państwie, które obrało kurs, mający być wzorem dla wielu innych narodów, polegający na wyborze „socjalizmu z ludzkim obliczem” i „rewolucji w wolności”.
Chilijska „kiereńszczyzna”
Tymi sloganami starano się usprawiedliwić konfiskaty i szkodliwe reformy, o charakterze de facto socjalistycznym, wprowadzane przez chadecką partię w porozumieniu z socjalistami i marksistami wszystkich odłamów. Działania te przygotowały grunt pod najpoważniejsze i najbardziej zgubne przyzwolenie dla ofensywy komunistycznej oraz wznieciły olbrzymi konflikt społeczny.
Jak wiadomo, rezultat 6 lat rządów chrześcijańskiej demokracji był dokładnie przeciwny do obiecanego. Doprowadziły one do zwycięstwa marksistów w 1970 roku i umożliwiły socjaliście Salvadorowi Allende objęcie prezydentury po kłamliwym zadeklarowaniu przezeń gwarancji przestrzegania porządku demokratycznego.
Objęcie rządów przez rewolucyjną lewicę przyniosło Eduardowi Frei, współtwórcy Chrześcijańskiej Demokracji i prezydentowi w latach 1964-70, tytuł „chilijskiego Kiereńskiego”. Spowodowało, że kraj popadł w jeszcze większy kryzys, ponieważ koalicja marksistowska nie miała najmniejszych zamiarów wypełnić złożonych zobowiązań. Nie interesowała jej demokracja, wręcz odwrotnie – raczej możliwość uzyskania władzy absolutnej i bezkarnego dołączenia Chile do długiej listy satelickich państw Kremla.
Czynnikiem umożliwiającym taki scenariusz było – niestety – fatalne zauroczenie lewicowymi ideologiami znacznej części chilijskiego duchowieństwa katolickiego akceptującej początkowo umiarkowany socjalizm o zabarwieniu demokratyczno-chrześcijańskim, następnie zgadzającej się na socjalizm radykalny, a w końcu stającej po stronie marksistowskiego nurtu „teologii wyzwolenia” łączącego się ze szczerą sympatią dla rewolucyjnych ruchów komunistycznych. Z bólem należy niestety stwierdzić, że najważniejsze osobistości episkopatu nie przeciwdziałały stanowczo tym nadużyciom w łonie Kościoła, a nawet wyrażały w różny sposób swoją sympatię dla koalicji „Jedności Ludowej” wspierającej Allende.
Krocząca rewolucja
W ciągu trzech lat spora część kraju popadła w nędzę, rolnictwo i przemysł zostały wręcz zrujnowane, przeistaczając się w obszary bezustannych konfliktów w związku z podejmowanymi przez rząd próbami upaństwowienia tych sektorów. Władze posługiwały się przy tym konfliktami społecznymi, sztucznie prowokowanymi, które następnie „rozwiązywano” za pomocą państwowych interwencji i konfiskat. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Produkcja krajowa gwałtownie spadła, a inflacja równie szybko pięła się w górę, co spowodowało, że społeczeństwo zaczęło cierpieć na niedobór praktycznie wszystkich dóbr konsumpcyjnych, a w szczególności tych najbardziej istotnych. Na porządku dziennym była współpraca władzy państwowej ze zorganizowaną przestępczością. Niechętna rządowi policja była zastępowana uzbrojonymi partyjnymi bojówkami lewicowymi.
Po dojściu do władzy Allende, duch przyzwolenia na rządy marksistów rozprzestrzenił się wśród całego społeczeństwa. Opinia publiczna nie miała przywódców, którzy byliby w stanie stanąć na wysokości zadania i bronić narodu przed nadchodzącą burzą.
Dwa lata po wyborach było już oczywiste, że Chile znajduje się na najlepszej drodze do komunizmu. Wskutek tego z wielu stron odezwały się głosy wzywające do interwencji armię. Pomijając część oficerów, na których niekoniecznie mogli liczyć chcący ocalić ojczyznę przed komunistyczną katastrofą, była to jedyna siła zdolna do tego przedsięwzięcia. Dowódcy wojskowi nie mieli początkowo ochoty narażać się i prowokować w swoim gronie podziału mogącego rozpętać krwawą wojnę domową o nieprzewidywalnych skutkach.
Interwencja sił zbrojnych
Jednak sytuacja pogarszała się tak bardzo, że w sierpniu 1973 r. parlament zwrócił się do armii o interwencję w celu „zmuszenia rządu do przestrzegania prawa”. W końcu, 11 września tegoż roku, siły zbrojne przeprowadziły „pucz” na czele którego stanęli najwyżsi dowódcy wojskowi, w tym szef sił lądowych gen. Augusto Pinochet.
Przewrót miał błyskawiczny przebieg, uniemożliwiający wybuch wojny domowej. Rozpoczął długi – siedemnastoletni – proces odbudowy narodowej, mający na celu wyciągnięcie kraju z nędzy, przywrócenie ładu społecznego i zniszczenie stworzonej przez marksistów machiny „władzy ludowej”. Uzdrowienie sytuacji w kraju odbywało się w skrajnie niekorzystnych warunkach – pośród ciągłego nacisku opinii międzynarodowej. Uparcie uznawała ona obalony rząd Allende za legalny, a cieszącą się niemal powszechnym poparciem juntę wojskową, na czele której stanął gen. Pinochet, określała mianem tyranii.
Tak jak w podporządkowanych Związkowi Sowieckiemu krajach, w których tworzony był system dominacji i ciemiężenia ludności przy udziale komunistów, socjalistów oraz rozmaitych kolaborantów, w Chile poprzez agentów usiłowano powielić taki sam scenariusz. I temu właśnie zapobiegli wojskowi, oczywiście przy pomocy siły.
Jako że Chile było zinfiltrowane przez dziesiątki tysięcy agentów komunistycznych (zarówno miejscowych, jak i zagranicznych), którzy nadal działali na rzecz rewolucji, teraz w sposób tajny, nielegalny i niejednokrotnie kryminalny, junta wojskowa ogłosiła przedłużony stan wyjątkowy, z zawieszeniem wielu praw osobistych. W sytuacji, w której władzę w zdestabilizowanym państwie sprawowali wojskowi, dochodziło niestety do licznych nadużyć władzy, a nawet zbrodni.
Można było tego wszystkiego uniknąć – w roku 1970 chilijski episkopat bez trudu mógł zapobiec zwycięstwu marksistów, publikując stanowczy list duszpasterski demaskujący czerwoną sektę i wzywający katolików do spełnienia moralnego obowiązku i przeciwstawienia się komunizmowi. Tak jednak się nie stało i dlatego jedynym ratunkiem dla Chile okazało się radykalne działanie sił zbrojnych.
Powrót do socjalizmu?
W 1990 roku wojskowy rząd uległ rozwiązaniu na mocy własnej decyzji, zgodnie z planem, który został ustalony dużo wcześniej. I co się stało? Wszyscy, w jakikolwiek sposób współpracujący z marksistami w latach siedemdziesiątych – komuniści, socjaliści, radykałowie i chrześcijańska demokracja – znów połączyli się w blok polityczny, który od tamtej pory sprawuje rządy w Chile. Przez dwie pierwsze dekady przy pomocy prezydenta wywodzącego się z obozu chrześcijańskiej demokracji, przez dwie ostatnie – z prezydentem socjalistą. A zatem „kiereńszczyzna” powtarza się, co jednak nie powoduje niepokojów pośród przedsiębiorców, którzy na razie są przekonani, że gospodarka rynkowa kwitnie, a panujący spokój gwarantuje pomyślność.
Upadek „żelaznej kurtyny” spowodował utratę przez komunizm popularności na świecie. Do dziś chilijska opinia publiczna traktuje tę opcję polityczną z dużą ostrożnością. Dlatego komuniści prezentują się teraz jako „odnowieni”, jako obrońcy demokracji, prawa i wolności, rezygnując na razie ze stosowania przemocy i pomysłów nacjonalizacji – którą chilijska opinia publiczna odrzuca całkowicie – a ograniczając się do stopniowego wprowadzania socjalizmu i propagowania wśród społeczeństwa zepsucia obyczajowego.
Jeśli ich plan zostanie zrealizowany w niedalekiej przyszłości, nieuchronnie zaczną tworzyć się nowe konflikty i narastać będzie kolejny kryzys, który pewnego dnia znów postawi Chile przed dylematem: czy przymknąć oczy na niebezpieczeństwo zepchnięcia kraju w przepaść, czy od razu stawić czoła tym, którzy chcą to uczynić?
Alfredo MacHale
Źródło: Polonia Christiana 2/2008

