Przyjaźń łącząca Polskę i Francję charakteryzuje się wielowiekową tradycją i bliskością. Nasz król Ludwik XV pojął za żonę Polkę, a z inicjatywy jego teścia, wielkiego mecenasa sztuki Stanisława Leszczyńskiego, Nancy, stolica jego księstwa, nabrała blasku i zbudowany został zamek w Lunéville, zwany Wersalem Lotaryngii.
Jestem w Polsce po raz pierwszy i z uwagą słucham opowieści moich drogich przyjaciół ze Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi na temat polskiej tradycji. Waleczność Jana III Sobieskiego1 w bitwie pod Chocimiem2 i pod Wiedniem3 napawa mnie podziwem, a fakt, że jako dziecko przebywał na dworze Ludwika XIV tym bardziej mnie porusza.
Ze swojej strony chciałbym opowiedzieć o tradycji chrześcijańskiej we francuskiej rodzinie; tym samym będziemy świadkami owocnej wymiany myśli w gronie katolików zatroskanych o przyszłość cywilizacji chrześcijańskiej.
Jak państwo wiecie, tradycja to kulturowe dziedzictwo, przekazywane z pokolenia na pokolenie. To ona właśnie rodzi postęp, każde bowiem pokolenie wnosi w to dziedzictwo nowe elementy, czerpiąc jednocześnie z dorobku przeszłości.
Dzisiejsza rodzina jest tym, co pozostało z niej po wielkim kryzysie XX wieku. A jaki był obraz zdrowego społeczeństwa i zdrowej rodziny w tradycyjnym społeczeństwie?
Społeczeństwo jest niczym ogromny dąb, zaś rodziny to jego gałęzie. Każda z nabrzmiałych sokiem gałęzi nadaje drzewu dostojności, stanowi o jego życiu. Jednakowoż mnogość leżących pod nim żołędzi nie jest obrazem żywego organizmu. Społeczeństwo, którego ziarna są rozrzucone, nie sprzyja tworzeniu, gdyż nie stwarza warunków do doskonalenia się: śmierć rodziny to śmierć pokolenia, a każde następne musi zaczynać od początku.
Rodzina znajduje swój początek w przeszłości, w źródle, jakim są rodzice, realizuje się w teraźniejszości i widzi swoją przyszłość w kolejnych pokoleniach: ciągłość jest zatem warunkiem postępu.
W chrześcijaństwie rodzina nie składała się jedynie z rodziców i dzieci, lecz stanowiła większą społeczność, gromadziła w sobie cztery pokolenia: dziadków, rodziców, dzieci i wnuków oraz dalszych krewnych. Wszyscy jej członkowie żyli pod jednym dachem: w zamkach, na dworach, w folwarkach.
Rodzina miała swój charakter, swoje skłonności i gusta, we właściwy sobie sposób żyła i pracowała, pokonywała trudności czy wykorzystywała nadarzające się okazje. To ona tworzyła zwyczaje, sposoby myślenia i działania, rodzaj pewnej duchowości, która przechodziła na dalsze pokolenia, naznaczając je od najmłodszych lat i zostawiając na nich niezatarty ślad.
Rodzina sprzyjała narodzinom silnych osobowości, które wzbogacały społeczeństwo, kształciła, chroniła jego członków. Była patriarchalna: stare porzekadło mówiło nawet, ze król był ojcem wszystkich ojców, zaś ojciec jest królem wszystkich dzieci.
Lecz w powietrzu zawisła groźba rutyny i stagnacji. Średniowieczne chrześcijaństwo widziało, że szacunek dla dziedzictwa przodków jest niezbędny dla dalszego życia i dobrobytu rodziny. I właśnie w sposobie przekazywania tego dziedzictwa upatrywano lekarstwa na rutynę. W przekazaniu ojcowizny był element elastyczności, który pozwalał rodzinie doskonalić się: rodzice dzielili się władzą z jednym ze swych dzieci, najczęściej z najstarszym synem, z którym zgadzali się najlepiej, a który po ich śmierci miał stanąć na czele rodziny i zarządzać jej majątkiem. Pozostali synowie walczyli u boku króla, zostawali duchownymi, urzędnikami, zajmowali się handlem i rzemiosłem. Jeśli z jakiegoś powodu któryś z nich chciał wrócić do rodzinnego domu, musiał poprosić o pozwolenie głowę rodziny; ten sprawował nad nim władzę i dbał o jego potrzeby.
Taki model rodziny wiązał się z podwójną korzyścią: po pierwsze, zapewniał jej jedność i liczebność, po drugie – zachęcał mężczyzn do opuszczania swych domostw, sprzyjał rozwijaniu inicjatywy i innych zdolności. Kres tej inteligentnej strukturze przyniosła Rewolucja Francuska, potem epoka napoleońska oraz przesiąknięty egoizmem okres międzywojenny.
Istnienie chrześcijańskiej tradycji we Francji można pokazać na wiele sposobów. Ja chciałbym Państwu przedstawić pobieżnie dwie grupy tradycji, których połączenie zdaje się najpełniej oddawać duszę mojego narodu: pierwsza wiąże się z urokami życia, druga z honorem. W ten sposób zobaczymy, że nie tylko rodzina kształtowała tradycję, ale także tradycja kształtowała gruntownie rodzinę.
I. Uroki życia
Na samym początku Frankowie byli nie tylko odważni, dumni i lojalni, ale także brutalni, bezlitośni i niezdyscyplinowani. Sławny biskup, Święty Remigiusz4 dostrzegł, że Kościół mógłby zmienić ich zapalczywość i skłonność do przygód, nawracając ich na prawdziwe chrześcijaństwo. Za namową świętego Remigiusza, Chlodwig5 poślubił świętą Klotyldę6 o legendarnych cnotach i pod jej wpływem wraz z trzema tysiącami rycerzy przyjął chrześcijaństwo po zwycięstwie pod Tolbiac7. Panowanie Karola Wielkiego i działalność benedyktyńskiego opactwa w Cluny8 sprzyjało przemianie tych barbarzyńców w propagatorów wiary.
Jednak dopiero w okresie między szesnastym a osiemnastym wiekiem dzieło cywilizacyjne Kościoła nabrało prawdziwego blasku. Potrzeba było czasu, bowiem nic, co wielkie nie rodzi się od razu.
Koniec epoki Ancien Régime’u pozostawił po sobie koncepcję dobrego wychowania, według której pierwszą rzeczą, jaką powinno się wpoić dzieciom jest konieczność unikania za wszelką cenę trywialności i konfliktów z otoczeniem. Bowiem warunkiem życia w społeczeństwie jest harmonia i wzajemna wyrozumiałość. W albumach Bécassine, komiksach z początku XX-go wieku przeznaczonych dla dobrze wychowanych panienek znajdujemy następującą myśl: dobrocią podbijamy serce innych nawet jeśli czasem trzeba uciec się do umiarkowanej i sprawiedliwej surowości.
W epoce Ancien Régime’u, nie znajdujemy ni purytanizmu, ni zgorzknienia, ni surowej dyscypliny, które to nie pozwalają ludziom przebaczać sobie nawzajem. Przeciwnie, w ówczesnym społeczeństwie panowała dobroć, wyrozumiałość, łaskawość, słowem – katolickie miłosierdzie.
Lud doceniał oczywiście wartości duchowe – wartości nadprzyrodzone – lecz nie tylko. Także to wszystko, co ważne było dla ciała, stanowiąc jednocześnie pokarm dla duszy: dobry gust, elegancję, wytworność, podziw dla rzeczy pięknych. A ulubionym przedmiotem kontemplacji ówczesnych Francuzów była postawa ludzi wobec siebie. Dlaczego? Ponieważ to właśnie uroki życia w społeczeństwie stanowią jedną z najważniejszych jego zalet. Życie nie jest celem samym w sobie: ludzie mają przede wszystkim dusze, dlatego też chcemy obdarzać ich dobrem, wychowywać; stąd kultura, sztuka, dyskusje, a nawet sposób ubierania.
Taka właśnie grzeczność panowała w całym społeczeństwie. I nie wyrażała się ona w prostych formułkach, lecz płynęła prosto z serca. Powodowana była nie tyle posuniętą aż do kokieterii chęcią podobania się, lecz pewną wrodzoną potrzebą poświęcenia: był to rezultat daru z samego siebie, zaoferowanego z radością i spontanicznie wyrażanego.
Można przytoczyć liczne przykłady owej uprzejmości, która stała się drugą naturą Francuzów: ludzie byli otwarci, uprzejmi, ujmujący, serdeczni i życzliwi wobec siebie, a przede wszystkim gotowi do pomocy. Poza granicami Francji ich wesołość stała się przysłowiowa: sprawianie innym przyjemności ich uszczęśliwiało.
Dwóch Niemców9, będących w różnym czasie z wizytą w Paryżu tak opisuje swoje wrażenia z pobytu: dziwi ich grzeczności woźniców, którą okazują na każdym kroku, dając przykład dobrego wychowania. Na ruchliwych ulicach Paryża zderzenie dorożek jest czasem nieuniknione. Lecz gdy już się zdarzy, nie słychać ni krzyków, ni złości. Zatrzymują się i poszkodowany dorożkarz zwraca się grzecznie do drugiego, który zawinił: "Mój Panie, zmartwił mnie pan ogromnie." czy nawet: "Kolego, jakże nie w porę się pojawiłeś". Później obaj spokojnie zastanawiają się nad rozwiązaniem problemu.
Znana też była niezwykła gościnność oberżystów: nie tylko oferowali gościom wikt i dach nad głową, lecz dbali o nich i kochali im służyć. Dziś jest raczej odwrotnie: gdy szuka się powodu, z którego upadła jakaś restauracja, to prawie zawsze stoi za tym niezgoda. W oberży Pod Złotym Lwem10 (Lion d’Or), im goście zamówili większe danie, tym mniej płacili; właściciele nie pozwoliliby na to, żeby ktoś nie doceniał ich kuchni! Innym znów razem11, w 1784 r., pewien Anglik wraz z żoną i służbą przybył dwukonnym powozem do pewnej oberży we Francji. Kiedy miał zapłacić za suto zakrapiane winem posiłki, pokoje (w każdym był kominek, co zawsze podnosiło cenę), i wreszcie za obfity prowiant na drogę, właściciele oberży zażądali tak mało, iż wywiązała się kurtuazyjna kłótnia. Oberżyści uparli się, że nie wezmą ani grosza więcej, Anglik uiścił rachunek i powóz odjechał. Dopiero w porze obiadu podróżni zorientowali się, iż czyjaś hojna ręka niepostrzeżenie wsunęła do ich koszyków mnóstwo dodatkowych butelek wina.
W Calais, porcie, do którego przybijali Anglicy, Hotel Dessin12 nie miał sobie równych: wielki niczym wieś, z siecią wewnętrznych uliczek, kuchniami wielkości katedry, okazałymi stajniami i wypełnionymi po brzegi piwnicami. Właściciel traktował swych gości równie wspaniale co bezinteresownie, co doprowadziło go na skraj bankructwa. Rozumiejąc znaczenie tego miejsca – symbolu francuskiej gościnności, królewski skarbiec pożyczył właścicielowi bez żadnych odsetek znaczną sumę pieniędzy na odbudowę dawnej świetności Hotelu. Pomocy udzieliła również pewna szlachetnie urodzona Angielka. Nawet w przeddzień wybuchu Rewolucji gospodarze tego miejsca prześcigali się w pomysłach jak sprawić przyjemność gościom, których na dobrą sprawę mieli już nie zobaczyć, jako, że tamci byli tylko przejazdem.
Pewnego angielskiego szlachcica13, przybyłego również do owego miasta, spotkało wydarzenie, które go oczarowało. Wraz ze swymi przyjaciółmi udał się do teatru, nie mając zarezerwowanych uprzednio miejsc. Opowiadał potem, że dwaj panowie, gdy tylko spostrzegli, iż jest w towarzystwie przybyłych są damy, w tym samym momencie opuścili swe loże i poczęli ich nakłaniać do zajęcia w nich miejsca (…) z taką naturalnością i tak grzecznym uporem, że niemożliwym było im odmówić." Prawdziwym szczęściem było dla nich sprawianie przyjemności innym poprzez wyrzeczenie płynące ze szczerego serca.
Jak wiadomo, Talleyrand14, biskup Autun i przyszły minister spraw zagranicznych nie był kochany przez rodziców, ponieważ był szpotawy. Jak wspomina w swoich Pamiętnikach, jedyne szczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa wiązał z wakacjami spędzanymi u babki, księżnej de Chalais. Sama księżna otaczana była wielkim szacunkiem, ona to "królowała" uroczyście na średniowiecznym zamku, którego nigdy nie opuszczała. Nie wyobrażała sobie bowiem naruszenia rodzinnej tradycji niedzielnej: po mszy zasiadała w wielkim salonie, otoczona lekami i przyborami medycznymi; przewijali się przezeń chorzy ze wszystkich stron, stali w kolejkach, czekając by ich leczyła. Znała wszystkich, dla każdego miała dobre słowo; aplikowała lek z czułością i zalecała takie czy inne leczenie. Talleyrand zawsze wspominał, że chory opuszczał zamek spokojny, o wiele bardziej podniesiony na duchu niż wyleczony, z ukojoną duszą, ponieważ wielki tego świata obszedł się z nim przyjaźnie, dając obraz boskiej dobroci dla maluczkich.
Rozmowa była tradycją chrześcijańską, której uczono się w domu rodzinnym; niektóre rody były szczególnie znane z prowadzenia wykwintnej rozmowy czy żywości umysłu, tak jak inni ze swej brzydoty czy umiejętności dosiadania konia.
Na przestrzeni tysiąca lat Kościół stopniowo zwalczał egoizm w stosunkach międzyludzkich: ludzie nie interesowali się już tylko sobą i nie mówili już tylko o sobie, lecz o tym, co dotyczyło innych. Nabrali w ten sposób zmysłu lekkości i niepospolitości.
Mme de Staël15, wygnana przez Napoleona za swe zbyt rojalistyczne poglądy, była kobietą niezwykłą. Żyjąc w Szwajcarii nie mogła sobie odmówić uczestnictwa w przyjęciach wydawanych we Francji przez tamtejsze sławne rody. Przyjeżdżała zatem do Francji, a władze udawały, że tego nie dostrzegają. Pewnego wieczoru, aby schlebić prefektowi, została zaproszona na kolację. Nie czuła się jednak zbyt dobrze; po reakcjach jednego z gości czuje, że pan domu jest wielce rozczarowany, widząc ją przygaszoną. Szybko więc nad sobą zapanowała, zażartowała i poprowadziła rozmowę tak wspaniale jak nigdy dotąd. Kolacja stała się wydarzeniem, o którym prefekt mówił przez resztę życia: była to rozmowa płynąca z prawdziwego miłosierdzia!
Niestety, Rewolucja Francuska zniszczyła sztukę konwersacji: "Przez Rewolucję społeczeństwo poniosło olbrzymią stratę, może nawet stratę niepowetowaną… Francja straciła umiejętność prowadzenia rozmowy" – smutno stwierdził hrabia Roederer16. Po okresie Terroru, markiz de Ségur17 nie odnalazł już w Paryżu "tej słodyczy i ogłady, która czyniła go czarującym i powabnym przez tak długi czas: każdy głośno mówił i mało słuchał."
Odżywianie się jest koniecznością. Jednak znawcy mówią, iż Francja nadała tej prostej potrzebie tak wielką rangę, że uczyniła z niej sztukę. Potrawy powstawały wśród ludu, doskonaliły je kolejne pokolenia i rodziny, na końcu zaś arystokracja dodawała im subtelności. Z tych wzajemnych oddziaływań rodzinnych tradycji różnych klas społecznych zrodziła się sztuka kulinarna. Jeszcze dziś każda rodzina przyrządza dania na swój sposób, według przepisów babci, które ona sama dostała najpewniej od swojej babki. Potrawy trwają i są ulepszane, zgodnie z prawem postępu, którego sekret tkwi w ciągłości tradycyjnej rodziny.
Jest takie danie, typowe dla południa Francji o nazwie "cassoulet", na bazie białej fasolki, kiełbasy i kawałków kurczaka; wszystkie te składniki duszone są w gęsim tłuszczu. To bardzo sycące danie, ale ma pewną wadę; fasolka i tłuszcz są ciężkostrawne.
Pewnego dnia zostałem zaproszony na kolację i odkryłem, w jak wyrafinowany sposób przygotowuje to danie rodzina mieszczańska. Fasolka moczyła się w wodzie całą noc – tak postępują wszystkie gospodynie; jednakże w tym domu, fasolkę gotowano w kilku wodach, za każdym razem wodę odlewano: w ten sposób pozbywano się skrobi, która powoduje, że fasolka jest ciężkostrawna. W tym czasie, każdy gatunek mięsa gotowany był osobno i przez dwie godziny, regularnie usuwano tłuszcz, który wypływał na powierzchnię. Następnie powracano do tradycyjnego przepisu, mieszano mięsa z fasolką i wkładano do piekarnika. I tutaj miało miejsce trzecie udoskonalenie przepisu: zamiast piec godzinę, danie gotowano na wolnym ogniu przez całą noc. Tym sposobem, danie posiadło całe bogactwo smaku, ale było lekkie i miało konsystencję kremu: całkowita zmiana i jakże miła niespodzianka dla gości.
Tradycja dokonało czegoś więcej ponieważ łączyła trzy rzeczy: sztukę kulinarną, sztukę nakrywania do stołu i sztukę konwersacji.
Ludzie w epoce Ancien Regime’u traktowali posiłki jako okazję do spotkań, a raczej, powiedziałbym, jako kolumnę, która ma przyjąć kapitel – czyli konwersację. Dlatego właśnie wielkie rodziny szlacheckie prowadziły "table ouverte" – "otwarte stoły": nawet liczni przyjaciele mogli się u nich pojawiać w godzinach przeznaczonych na posiłki.
By docenić wartość tych cech trzeba być katolikiem, ponieważ bez łaski, to otwarcie duszy na kurtuazję, na grzeczność, na gościnność, na życzliwość nie trwałoby długo. Te cechy mają źródło w miłosierdziu i w katolickim podejściu do miłosierdzia: mają źródło w miłości Boga. W miarę jak rozpanoszyło się ateistyczne oświecenie i naturalizm, uroki słodkiego życia zastąpione zostały głównie przez zewnętrzny sposób przyjmowania i powoli przestały odpowiadać na odruch serca i duszy.
Słodkie życie przedłużało się niczym światło o zmierzchu, które utrzymuje się jeszcze przez chwilę po tym, kiedy słońce schowało się już za górami. Słońce – to wpływ Kościoła w okresie Średniowiecza, kiedy panowały uroki słodkiego życia o wiele skromniejsze niż za Ancien Regime, ale tak autentyczne, że posiadały zdolność nieograniczonego istnienia, dopóty, dopóki nie nastąpił kryzys religijny.
II. HONOR
Tą miłością do wartości duchowych przesiąkało całe życie człowieka a skoro walka jest jednym z aspektów życia, miłość do ideału obejmowała również walkę. Stąd ta ciekawa forma, która polegała na manifestowaniu w stosunku do tych, którzy mieli umrzeć na wojnie, wszelkiego rodzaju atencji, kurtuazji a nawet "grzeczności".
Słodkie, spokojne życie wymagało, by mężczyzna, który wyciągnął miecz i użył go przeciwko swojemu wrogowi, zatroszczył się o stan rannego i dopilnował by zajęto się nim w należyty sposób, by udzielono mu pomocy z największą troską. Kiedy Ludwik XIV oblegał, w środku lata, miasto na północy Francji, dowódca oblężonej twierdzy codziennie posyłał do namiotu króla lód, by władca mógł ochłodzić nim swoje napoje. Bohaterstwo było postawą polegającą na przyjmowaniu cierpienia, na doświadczaniu wszelkich niedogodności na polu walki i przyjmowaniu ran, o które tak łatwo w walce, aby bronić honoru rodziny a przede wszystkim wiary katolickiej. Była to cnota uznawana przez wszystkich jako najwyższa, do jakiej człowiek był zdolny.
Wiara i honor miały dla rodziny wartość wyższą od wszelkich dóbr na ziemi. Wiara i honor są cechami tak wspaniałymi, że duch, który jest nimi napełniony, walczy z niepospolitą odwagą, w niezwykłym uniesieniu duszy. Zgodnie z tym podejściem, jeżeli ktoś nie podjął każdego możliwego ryzyka ani nie uczynił wszystkich wysiłków, był zdrajcą swojej wiary, człowiekiem bez honoru. A te dwie wady zawsze były uznawane za najpoważniejsze od czasu średniowiecza aż po Ancien Regime.
Oddanie się całkowicie wierze i honorowi powoduje, iż człowiek walczy z niepospolitym oddaniem, bohaterstwem nie dlatego, że są to dobra dla których warto zapomnieć o sobie, ale dlatego, że bohaterstwo stanowi o pięknie walki, jest jej najpiękniejszym wymiarem. Życie ludzkie musi być poświęcone z hojnością, w taki sposób, by spazmy instynktu samozachowawczego nie wypaczyły moralnego profilu człowieka. Ta mentalność kształtowana była w łonie rodziny, głównie rodziny szlacheckiej będącej par excellence, klasą wojowników. Młody człowiek, w wieku od dziesięciu do trzynastu lat, podążał za ojcem czy wujem na pole walki; kiedy miał czternaście lat, wstępował do elitarnych zastępów muszkieterów a pułkownikiem, na czele regimentu, mógł zostać w wieku lat osiemnastu. Wielki Kondeusz odniósł spektakularne zwycięstwo w bitwie pod Rocroi18 kiedy miał zaledwie 20 lat.
Marszałek de Belle-Isle19 kupił dla swojego syna, hrabiego Gisors, urząd pułkownika regimentu piechoty w Szampanii; pouczenie, jakie dla niego skierował pokazuje ideał wojskowy, jaki chciał mu wpoić. Oto fragment: "Regiment, który król Panu powierzył jest jednym w najlepszych; generał porucznik jest zasłużonym wojskowym, który ma za sobą długą służbę i wiele zasług, kapitanowie są starsi od Pana i gdyby wziąć pod uwagę ich osobiste zasługi i przebieg służby, żaden z nich nie zasłużył w mniejszym stopniu od Pana na to, by być mianowany pułkownikiem; jednak to Pan będzie ich dowódcą….".
Nie będę więcej cytował, ale zaleca on swojemu synowi, by ten zasłużył na miłość swoich podwładnych z regimentu kultywując cnoty oraz wiedzę, prowadząc życie pracowite, bez wygód, mając wzgląd i dobre słowo dla każdego, dowodząc rozważnie, karcąc umiarkowanie i bez zacietrzewienia, odwiedzając chorych, i, pomimo młodego wieku, zachowując się jak sprawiedliwy sędzia i ojciec swoich żołnierzy.
Porównajmy teraz tradycje dwóch wielkich rodów. Rodzina de Montmorency, której historia sięga X wieku i która liczy już dwadzieścia pokoleń. Jej założyciel, pierwszy baron Francji, był właścicielem ziemi, której bronił używając broni i przypominał bardziej herszta bandy, który nie wahał się ściągać haraczu z klasztoru w St. Denis, usytuowanym na jego ziemiach. Jego następcy, pomimo wysokich funkcji sprawowanych na dworze, nigdy nie powierzyli opieki nad ich ziemią w ręce innych ani nie oddawali władzy nad prowincjami, które zostały im powierzone; zawsze starali się utrzymywać bezpośredni kontakt z chłopami z ich włości. Zawsze wierni królom, byli ich protektorami wówczas, kiedy królowie byli niepełnoletni. Zanim powstał zakon Złotego Runa, mieli własny zakon rycerski, zakon Psa, bowiem pies był już w średniowieczu, symbolem wierności. Dewizą rodziny było "Bez skazy i zawsze wierni". Odważni, nie szczędzili czasu ani trudu walcząc o pokój w królestwie. Ich dzieci praktycznie wyłącznie poświęcały się służbie wojskowej i rodzina dała Francji jedenastu marszałków. Największy z nich, siedemnasty noszący to nazwisko, był komendantem głównym wojsk20, służył pięciu królom, od Franciszka Pierwszego do Henryka III, posiadał 600 lenn i 130 zamków.
Jednakże byli oni bardzo surowi, gwałtowni i nie pozbawieni arogancji; być może zbyt bliska była im brutalność przed-chrześcijańska.
Rodzina de Montmorency była rodziną szlachecką. Rodzina de Guise – o której również chciałbym Państwu opowiedzieć, była rodziną książęcą.
Rodzina ta pokazała, w jakim stopniu cywilizacja chrześcijańska umiała pogodzić ze sobą siłę, elegancję i urok: założona za czasów Franciszka Pierwszego, w pierwszej połowie XVI wieku na skutek znakomitego aliansu pomiędzy książętami Lotaryngii i Burbonami, miała przewyższyć znakomity ród Montmorency. (… )
Podsumowując, chciałem podkreślić, że uroki słodkiego życia oraz honor były kultywowane w sposób nierozłączny dzięki tradycjom rodzinnym tak długo, dopóki łączyły się z wyrzeczeniem oraz poświęceniem, dlatego że wypływają one, ostatecznie, z najwyższego źródła, jakim jest wiara. Dziękuję Państwu za uwagę.
1. Król Polski, bohater XVII-ego wieku (1629-1697)
2. 1673, miasto warowne w Besarabii (Rosja)
3. 1683, zwycięstwo małej armii nad 300 000 Turków i Tatarów na wzgórzu Kahlenberg
4. arcybiskup Reims i apostoł Franków (437-533); syn hrabiego z Laon; jego matka, Celina został uznana za świętą, a jego brat, Święty Pryncipiusz był biskupem Soissons.
5. (466-511); jego nawrócenie doprowadziło do połączenia Francji z Gallo-Romanami. W 500 roku odniósł zwycięstwo nad Burgundami
6. (475-545); córka króla Burgundów; jej wuj, Arianin trzymał ją zamkniętą w klasztorze i zgodził się na jej ślub z pogańskim królem Chlodwigiem w 493 r.
7. 496 r.
8. w Burgundii, ziemi dawnych Burgundów
9. Joachim Campe, pochodzący z Brunswick (Lettres sur la Révolution francaise, styczeń 1910 r.) i Henri Reichard z Gotha (Guide des Voyageurs, 1793 i Un Prussien en France en 1792)
10. w La Fleche (Souvenirs d`un nonagénaire Françoise-Yves Besnarda)
11. w Pont-Saint-Esprit (Journal inédit de Mme Cradock, przełożony z angielskiego przez Mme O. Delphin-Balleyguier)
12. Voyage d`un Anglais á Paris (1788) i Guide du Voyageur en France Henriego Reicharda
13. Sir John Dean Paul, Journal d`un voyage á Paris
14. Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord (1754 -1838); wyświęcony na księdza, chociaż nie miał powołania, przewodniczący Zgromadzenia Narodowego w 1792 r, pierwszy biskup kościoła schizmowego, utworzonego przez Rewolucję; w 1792 pracuje w Londynie, potem wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych; w Europie po okresie Terroru jakobińskiego, wraca do Paryża w 1795. Mianowany Ministrem spraw zagranicznych w 1797, jest nim za Napoleona i w okresie Restauracji; robiąc użytek ze swych dyplomatycznych talentów na Kongresie Wiedeńskim wywalczył dla Francji najkorzystniejsze warunki pokoju, jakie można sobie wyobrazić. Bystrość, z jaką prowadził rozmowy, przenikliwość umysłu i cięte riposty uczyniły z niego prekursora savoir-dire, savoir-plaire.
15. Anne-Louise-Germaine Necker (1766-1817); córka ministra Ludwika XVI, pochodziła z rodziny pastorów ze szwajcarkiego kantonu Vaud, ale wychowywała się we Francji; po małżeństwie z doradcą ambasady szwedzkiej w Paryżu – baronowa Staël- Holstein (Mémoires de la comtesse de Boigne, Mercure de France, Paryż 1971 &1986)
16. Pierre-Louis Roeder (1754-1835); syn urzędnika, jakobin; w czasach Rewolucji profesor ekonomii politycznej, członek Rady Stanu, potem minister Józefa Bonaparte w Neapolu; członek Instytutu i pod rządami Ludwika Filipa; autor książki Mémoire pour servir a l`histoire de la société polie en France, Paryż 1835
17. Philippe-Henri de Ségur (1724-1801); syn generała, hrabia de Ségur za rządów Ludwika XIV, jest marszałkiem Ludwika XV, potem ministrem wojny Ludwika XVI w latach 1781-87.
18. dnia 19 maja 1643 roku, pięć dni po śmierci Ludwika XIII, Wielki Kondeusz nosił wtedy jeszcze tytuł diuka Enghien (duc d’Enghien)
19. Charles-Louis Fouquet, hrabia a następnie diuk de Belle-Isle (1684-1761); wnuk słynnego nad-intendenta uwięzionego przez Ludwika XIV, doceniony został przez Ludwika XV; mianowany ministrem wojny w 1758.
20. nosił tytuł konetabla "connetable"; urząd ten zniósł kardynał de Richelieu, minister Ludwika XIII, aby pozbawić go prestiżu

