Esencja kultury, Polonia Christiana nr 6/2009

Jednym z reliktów komunizmu jest traktowanie zasad dobrego wychowania jako rodzaju luksusu czy fanaberii (na którą czasem można sobie pozwolić). Tymczasem rzecz przedstawia się dokładnie odwrotnie. Dobre maniery były zawsze – i pozostają – w naszym kręgu kulturowym samą esencją wzajemnego stosunku ludzi do siebie. Nie istnieją sytuacje, gdy można czuć się zwolnionym z ich przestrzegania. Fakt, że jesteśmy chrześcijanami, określa definitywnie, iż nigdy nie powinniśmy zachowywać się pysznie, bezceremonialnie, grubiańsko czy nawet obojętnie wobec naszych bliźnich.

To nie przypadek, że ojczyzną sztuki form obcowania z drugim człowiekiem, czyli savoir-vivre`u, stała się Francja – „najstarsza córa Kościoła” i wzór wysokiej kultury życia codziennego – swego czasu bezapelacyjnie przewodząca państwom chrześcijańskim także w innych dziedzinach.

Jean Goyard, który przybył kilka lat temu do Krakowa z wykładem na temat tożsamości kultury francuskiej, przypomniał, że kluczem do niej, jej sekretem – dziś zapomnianym i mało rozpoznawalnym – jest uprzejmość. Uprzejmość to przecież nic innego, jak wyraz miłości bliźniego. Uprzejmość bez względu na sytuację, okoliczności, samopoczucie. We francuską tradycję wychowania dzieci – która przyjęła się później w całej Europie – jako naczelna zasada wpisana została dawno temu, uprzejmość wobec człowieka każdego stanu. A zatem uśmiech we wszelkich okolicznościach, nie okazywanie zniechęcenia czy znudzenia drugą osobą. Tego wszystkiego uczy obcowanie w dzieciństwie i młodym wieku z ludźmi o wysokiej kulturze – stąd troska domu, by znaleźć nauczyciela o odpowiednich predyspozycjach – a także ze sztuką oraz unikanie trywialnych rozrywek.

Te proste zasady wzajemnego obcowania ludzi ze sobą „obrosły” w ciągu wieków w skomplikowane rytuały towarzyskie, ale przecież nie one są istotą sprawy – choć bywają pomocne, gdy odrzuci się manieryczność na rzecz niewymuszonej naturalnej prostoty – lecz poczucie, że godność drugiego człowieka, podobnie jak moja własna, zasługuje na szacunek. Ciekawe, że to przeświadczenie, tak istotne w całej kulturze chrześcijańskiej, bo wypływające wprost z Ewangelii, zdradza np. końcowa formuła oficjalnych listów, która utrzymywała się jeszcze do niedawna – a którą powoli zmienia kultura korespondencji związana z funkcjonowaniem Internetu, pełna uproszczeń i kolokwializmów. Niezależnie od tego, jaką treść zawierały listy – nawet nieprzyjemną dla adresata – kończyły się niezmiennie słowami: z wyrazami głębokiego szacunku.

Socjalistyczny savoir-vivre, czyli „panie kolego”

Od paru setek lat toczy się w Polsce – podobnie jak w innych krajach cywilizacji łacińskiej – cicha, uparta wojna z formami wyrażającymi atencję wobec drugiego człowieka. Odbywa się ona raz pod hasłem bezpretensjonalnej prostoty, która jest jakoby przejawem nowoczesności i „lepiej pasuje” do dzisiejszego człowieka; raz pod szyldem walki klas (podkreślanie osobistej godności zjadliwie nazywa się tytułomanią itd.)

Odrzucenie form było jednym z głównych postulatów nowych barbarzyńców. Wraz z rewolucją miał zniknąć cały „dawny czas” – począwszy od „starego” kalendarza, skończywszy na strojach kobiet i mężczyzn i tak czułym wskaźniku, iż wyrzuca się na śmietnik to, co minione i „złe”, jak wzajemne formy zwracania się do siebie. Już nie „Panie” (Jaśnie Wielmożny, Czcigodny, Wielce Szanowny, itp.), lecz „obywatelu”, „towarzyszu”, w najlepszym wypadku „kolego”. „Pan” i „Pani” mieli zniknąć definitywnie jako symbole „nierówności”. Pojawiła się też rychło istna epidemia natychmiastowego przechodzenia na „ty”, do czego wielu ludzi czuje się, wbrew sobie, przymuszanymi przez środowiskową modę. Broni się przed nią jeszcze tylko wieś polska. Jednym z dziwactw językowych, będącym efektem zmagania się dawnych przyzwyczajeń – których Polacy na szczęście nie potrafią się doszczętnie wyzbyć – z narzuconym bolszewickim obyczajem, jest ów specyficzny zwrot, jaki pozostał do dziś w życiu szkół i uczelni wyższych jako relikt (a może symbol trwania?) socjalizmu: Panie kolego.

Komuniści nie ukrywali swoich ambicji w dziedzinie przesunięcia norm kulturowych jak najniżej. Robili to umiejętnie i etapami. Krakowski „Przekrój” przez dziesięciolecia edukował powojenną inteligencję w kwestii nowych obyczajów towarzyskich, będących próbą narzucenia odmiennej etyki tej warstwie opiniotwórczej i wzorotwórczej – po „wytępieniu” rodzimych elit ziemiańskich – w rubryce zwanej Socjalistyczny „savoir-vivre”. Komuniści obnosili się z ostentacyjną pogardą wobec duchowieństwa, zwłaszcza hierarchii Kościoła. Do biskupów zwracali się w oficjalnej korespondencji bez tytułów, starali się przestrzegać form bezosobowych, jak najbardziej biurokratycznych (słowo „czcigodny” niepostrzeżenie ustąpiło miejsca w języku PRL-u ledwo maskującemu pogardę „wielebny”). Nie przekroczyli jednak, w oficjalnych okolicznościach pewnej granicy – nie mówimy tutaj o przesłuchaniach w komunistycznych więzieniach, o „tykaniu” w łagrach, gdzie odbieranie godności człowiekowi było jedną z podstawowych tortur.

Rubikon przekroczony, czyli „ubaw po pachy”

Tę granicę przekroczył pierwszy premier Rzeczypospolitej Polskiej z Kongresu Liberalno-Demokratycznego, mówiąc o Prymasie Polski per pan prymas. Jego następca z tej samej formacji politycznej posunął się jeszcze o krok dalej. W zakomponowanym, z dbałością o wszelkie detale, spektaklu medialnym eksponuje się maniery kibiców z boiska sportowego przenoszone do oficjalnego życia państwa, gdzie obowiązywały zawsze ścisłe reguły dyplomatycznego dobrego tonu; znajdujemy je w półoficjalnych wypowiedziach, przy akompaniamencie cmokań i zachwytów mediów. Maniery premiera Wincentego Witosa, któremu zarzucano plebejskość i brak ogłady, jawią się przy tych nowych standardach zachowania – obliczonego na konkretny efekt w postaci „wizerunku”, czytelnego także na międzynarodowej scenie i być może mającego stać się znakiem rozpoznawczym naszego kraju – jako czysty salon. I trudno się dziwić. To nie były czasy kontrkultury, kultura chrześcijańska obowiązywała we wszystkich warstwach społecznych.

Tym, czego marksiści nie cierpieli najbardziej, była nasza cywilizacyjno-kulturowa wyższość w stosunku do tatarsko-mongolskiego barbarzyństwa, cywilizacji hordy. Marksizm kulturowy, narzucany nam dzisiaj „w białych rękawiczkach” przez „elity” z półświatka artystyczno-medialnego, ma przynieść ostateczną rozprawą z „przeżytkami” i „reliktami” form. Tymczasem są one uparcie przestrzegane przez część Polaków, i nadal posiadają dla wielu ludzi nieodparty urok.

Od rozluźnienia do barbarzyństwa

Przed paroma dziesiątkami lat byłam świadkiem nieoczekiwanej sceny. Na dworcu kolejowym w dworcowej restauracji małego miasteczka, w czasie nocnej przesiadki, młoda dziewczyna robiła sobie manicure. Przechodzący milicjant (był to głęboki PRL) z surową miną, acz bez złośliwości, zwrócił jej uwagę, że zachowuje się w sposób niedopuszczalny. Nie było „obywatelki”, mandatu ani nawet robienia publicznego wstydu. Rzeczowa, wygłoszona nawet z pewnym skrępowaniem, uwaga funkcjonariusza zrobiła na wszystkich piorunujące wrażenie. Dziewczyna natychmiast schowała pilniczek. Coś jakby wspomnienie dawnego czasu, gdy byliśmy na swojej ziemi u siebie i jako ludzie wolni szanowaliśmy godność innych, przemknęło przez duszną salę i ogarnęło wszystkich nieokreśloną wdzięcznością. Wobec kogo? Człowieka w mundurze, który z niczym dobrym się nie kojarzył? A może ten nikły ślad dawnej Polski obudził nadzieję, że formy żyją dłużej niż narzucone obyczaje, niż pozorne ułatwienia związane z nimi, które nie są ułatwieniami tylko grubiaństwem, i godzą w nas samych.

Kulturę bycia w sytuacjach towarzyskich odzwierciedlał zawsze rytuał wspólnego spożywania alkoholu. W polskiej tradycji zachowała się sztuka wznoszenia toastów, ten ceremonialny wstęp do spożycia trunku, podkreślający, że ceni się to właśnie towarzystwo, że pragnie się uszanować fakt wspólnej biesiady, poprzez wyrażenie specjalnej intencji. Im język toastu był wytworniejszy, tym głębiej zapadał w pamięć autor i jego intencja. Tak tworzyła się kultura wspólnego ucztowania, które było par excellence wydarzeniem kulturalnym. Tę tradycję – obecną jeszcze przed wojną na każdym oficjalnym przyjęciu, a po wojnie, w wielu domach w czasie rodzinnych uroczystości – w specyficzny dla siebie sposób „przełamał” jeden z najgłośniejszych prezydentów ostatnich lat, wznosząc kieliszek ze słowami: Zdrowie wasze w gardła nasze.

Po takich popisach ludzi z najwyższych szczebli hierarchii społecznej, czyż można się dziwić, że młodzież szkolna także chce wpisać się w obowiązującą sztancę kulturową i – w ramach manifestowania swojego poczucia humoru – umieszcza nauczycielowi kosz z odpadkami na głowie?

Niezmienność zasad, czyli sztuka męstwa

Dżentelmen nade wszystko wie, co należy robić w każdej sytuacji – brzmi jedna z głównych maksym dobrego wychowania. Nie istnieją sytuacje, które mogłyby go „przerosnąć’, wywołać konsternację, niepewność, wycofanie się i rezygnację z tego, co wpojono mu od dziecka. Ta sztuka, w epoce podporządkowywania się tak wielu ludzi zachowaniom zbiorowym – wywoływanym przez zawodowych manipulatorów, potrafiących grać na zbiorowych emocjach niczym na doskonałym instrumencie – staje się istotnie zastrzeżona dla wyjątkowych osobowości i ludzi prawdziwej, nabytej w domu i świadomie pogłębianej, kultury chrześcijańskiej. Istotą każdego totalitaryzmu – tego czerwonego, jak i tego, którego treścią jest demokracja pozbawiona zasad, jest złamanie człowieka, tak, by wyrzekł się tego, czego uczono go w domu. Niegdyś odbywało się to w trakcie śledztw trwających tygodniami i więziennych tortur. Dziś wystarczy kilka przyjętych bezrefleksyjnie programów telewizyjnych, zakładających uczestnictwo widzów, z cyklu tych, które posługują się świadomie wywoływanym dysonansem poznawczym. Albo też parę lekcji z poprawności politycznej, umiejętnie podrzuconych do szkoły – z nagrodą za ich przyswojenie w postaci dobrej oceny lub atrakcyjnego stypendium. Wystarczy trening w postaci udziału w popularnych grach młodzieżowych, gdzie za cenę uczestnictwa – np. w „mafii” – zdobywa się nową osobowość, miażdżącą osobiste przekonania, podporządkowaną grupie i jej kapturowym sądom.

Dobre wychowanie tym się różni od jego pozorów: „ugrzecznienia”, przesady, sztuczności w zachowaniu, a także ulegania zachowaniom stadnym (robię to, co wszyscy, więc jestem dobrze wychowany), że weryfikują je sytuacje trudne. Jeśli człowiek w skrajnych warunkach nie porzuca zasad uprzejmości i grzeczności wobec wszystkich, bez względu na ich pozycję i rolę społeczną, a także nie łamie zasad moralnych, nie ulega pożądliwości i chciwości, nie daje się przekupić, nie zaczyna kłamać, można nazwać go człowiekiem kulturalnym.

Moja ciotka, Róża Tyszkiewiczowa – wspomina Zeneida z Zamoyskich Poklewska-Koziełł – została zmuszona podczas działań wojennych 1939 roku do przejścia przez bagno, a była wielką damą i panią już w starszym wieku. Pytano ją potem: „Jak ciocia to zrobiła?” Na co miała jedną odpowiedź: „Chyba mnie na to dość dobrze wychowano…”

Łokcie i diademy

Rewolucjoniści i komuniści, którym dziś sekundują wywodzący się z tego samego ideowego pnia liberałowie, usiłowali młode pokolenie Polaków jak najbardziej zbliżyć do „ideału” hordy. Czynili to umiejętnie przez koedukacyjne szkoły, przymus oddawania małych dzieci do instytucji typu żłobka, przedszkola czy „zerówki”, i zatrudniania w nich osób sprawdzonych pod względem lojalności partyjnej, a także poprzez edukowanie na koloniach i obozach „podrabianego” czerwonego harcerstwa. Edukowanie w kierunku złych obyczajów, prostactwa opartego na wzajemnej walce i budzeniu agresji, zarówno w kontaktach między dorosłym i dzieckiem, jak i dziewczynek i chłopców. Wreszcie czynili to przez przymykanie oczu w „placówkach wychowawczych” na siorbanie przy stole, rozpychanie się, krzyk, brak dyskrecji i odpowiednich warunków w pomieszczeniach służących sprawom fizjologicznym, a także przez ciche szerzenie wśród nieletnich alkoholizmu, rozwiązłości, a obecnie również pornografii.

Dziś to wszystko włazi już nie tylnymi drzwiami, lecz oficjalnie, do szkół, przez ideologię „luzu” i ostentacyjnej pogardy wobec dorosłego, choćby pełnego najlepszej woli, lecz pozbawionego racji, przez nachalne szerzenie pajdokracji i wychowania bezstresowego, w którym liczy się tylko zachcianka i chwilowy nastrój dziecka uprawnionego do swobodnej ekspresji. Wobec tych zasad dawne ideały socjalistycznej szkoły wyglądają naiwnie, a metody nieporadnie.

Wzorce wychowania oparte na dyscyplinie i szacunku wobec starszych są ośmieszane, zawodowi demagodzy z tytułami naukowymi zawsze udowodnią, że potrzebny jest nie „formalny”, lecz „prawdziwy” autorytet dorosłego, uznający w dziecku „istotę równą”, „partnera” itd.

Michał Żółtowski wspomina swoje dzieciństwo spędzone w majątku rodziców w Czaczu, w Wielkopolsce: W okresie letnim siadało do stołu około dwudziestu osób [łącznie z nauczycielkami i nianiami – przyp. EPP]. Przy jedzeniu pilnowano, byśmy się prosto trzymali, estetycznie jedli i nie chowali rąk pod stół. Podczas obiadu i kolacji dzieci się nie odzywały, mówili tylko dorośli.

Anna z Branickich Wolska, wspominając dzieciństwo w rodzinnym pałacu w Wilanowie pisze: Naczelną wartość w tym systemie wychowawczym stanowił szacunek dla wieku i pracy. Trzeba było usługiwać starszym, pomagać im. Zawsze starsi byli pierwsi. Pamiętam nasze śmieszne pytanie: „Kiedy my dojdziemy do takiego wieku, żebyśmy mogły zjeść kawałek combra zajęczego, a nie tylko łapy?” Dzieci siedziały zawsze na końcu stołu i zjadały »resztki« z półmisków, a wszystkie dobre kąski jedli starsi. Myłyśmy się mydłem do prania Schichta (…). Ubierałyśmy się często w rzeczy przerabiane po naszej matce, buty bywały zelowane (…). U Branickich nie uchodziło patrzeć zbyt długo w lustro. Gdy mówiąc o kimś zachwycałam się czyjąś urodą, pytano, czy naprawdę nic więcej w tej osobie nie zauważyłam. Liczył się charakter, wiedza, serce.

Czy dzisiejszy festiwal „księżniczek”, przebranych w najbardziej wymyślne toalety, często przed ukończeniem 10 lat, jakim staje się w wielu środowiskach uroczystość Pierwszej Komunii Świętej, nie jest urąganiem wzorcowi dobrych obyczajów? Obyczajów, opartych na zachęcaniu dziecka do rozumienia, jakie jest jego miejsce, i tego, że pozostaje dzieckiem, a nie „damą”, „królewną z bajki”, czy – co staje się udziałem coraz większej ilości dziewczynek, z powodu niefrasobliwości najbliższych w kwestii narzucanej mody – młodocianą „kokotą”.

W tej delikatnej kwestii, wielu rodziców „ponosi” brak wyobraźni oraz niewolnicze hołdowanie narzuconej modzie. Przyzwolenie na „dorosłe”, luksusowe toalety własnych dzieci, to nie tylko przejaw ulegania tandetnym gustom rodem z telewizji, ale brak wyczucia pedagogicznego. Nic tak nie „psuje” dziecka jak wmawianie mu, że jest nadzwyczajne, a zatem musi epatować swoim wyglądem. Nie tędy wiedzie droga do szczęśliwego dzieciństwa i do osiągnięcia – we właściwym czasie – dojrzałości. Współczesne doktryny wychowawcze, media – z założenia ulegające dyktatowi mody – robią wszystko, by rodzice wybierali drogę na skróty, by dziecko ustawić w roli ich „partnera”, albo by pozostawało „maskotką”, którą można bezkarnie uwięzić wśród zabawek i rozrywek i nie nawiązać z nim żadnego głębszego kontaktu, a więc zablokować jego emocjonalny i moralny rozwój. Nastawienie na manifestowanie spraw czysto zewnętrznych, to przykład złych manier, a także symptom odchodzenia przez dorosłych od odpowiedzialności za wychowanie człowieka. Takiego, który – dzięki wyrobionemu w dzieciństwie zdrowemu dystansowi do spraw materialnych – będzie wolny od egoizmu i narcystycznych skłonności, nastawiony na drugiego człowieka. Na to, by spotkać się z nim i służyć mu. Czyli – stanie się dojrzałym, młodym chrześcijaninem, a więc człowiekiem o świadomie kształtowanej w domu wysokiej kulturze osobistej.

Ewa Polak-Pałkiewicz, Polonia Christiana nr 6/2009

Podobne artykuły

Razem upomnijmy się o szacunek dla Ciała Pańskiego!

Zapraszamy do udziału w akcji Instytutu Maryi Królowej Polski „Upadnij na kolana, uwielbiaj swego Pana!”. Jeszcze dzisiaj można zgłosić chęć otrzymania pakietu z folderem o uroczystości Bożego Ciała i witrażem-naklejką na okno z wizerunkiem Najświętszego Sakramentu i tym samym mieć pewność, że dotrze on pod wskazany adres przed uroczystością Bożego Ciała (4 czerwca).