Z dr. inż. Antonim Ziębą, prezesem Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka, rozmawia Roman Motoła
W ostatnich tygodniach głośno o przygotowywanej przez parlamentarzystów tzw. ustawie bioetycznej regulującej między innymi sprawę dopuszczalności w Polsce metody zapłodnienia in vitro. Jak skomentowałby Pan dotychczasowe polityczne zabiegi wokół tej kwestii?
– Już w marcu zeszłego roku Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka wydało oświadczenie dotyczące wspomnianej problematyki. Stoimy na stanowisku, że nie jest potrzebna żadna specjalna regulacja odnosząca się do procedury in vitro. Zgodnie z polskim prawem, jest ona zabroniona poprzez artykuł 157a kodeksu karnego [Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności (…) – dop. red.] i obłożona sankcją karną nawet do dwóch lat więzienia. Narusza też trzy artykuły polskiej Konstytucji. Jej artykuł 30. mówi o tym, że przyrodzona, niezbywalna godność człowieka jest nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych. W artykule 38. czytamy: Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia. Z kolei, art. 40. głosi, iż nikt nie może być poddany torturom ani okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu i karaniu. Dziwię się, że nasz, skierowany pod adresem Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Ministerstwa Zdrowia, apel o jak najszybsze doprowadzenie na mocy istniejącego prawa do zaprzestania stosowania tej procedury, nie tylko nie przyniósł spodziewanego skutku, ale nawet nie doczekał się żadnej odpowiedzi. To bardzo smutne, bo pokazuje – powiem bardzo dyplomatycznie – jak słaba jest ta dzisiejsza polska „demokracja”.
Jak podkreśliliśmy w specjalnym numerze pisma „Służba Życiu”, rozprowadzonym w minionym roku w nakładzie prawie 100 tysięcy egzemplarzy, procedura in vitro jest nieetyczna, szkodliwa i niepotrzebna. Nieetyczna, ponieważ nierozerwalnie wiąże się z niszczeniem poczętych istot ludzkich i to jest kwestia bezdyskusyjna. Nawet, gdyby kiedyś w przyszłości doszło do opracowania metody pozwalającej na zachowanie przy życiu każdego poczętego w ten sposób dziecka, ta procedura nadal pozostaje niemoralna z uwagi na naruszenie powagi i godności aktu małżeńskiego, który w tym przypadku jest eliminowany i zastępowany techniką medyczną. Na to – nie tylko z punktu widzenia katolickiego, ale w ogóle, ludzkiego – nie możemy się zgodzić. Godność istoty ludzkiej nie pozwala na sprowadzanie jej do – mówiąc brutalnie – przedmiotu hodowli.
Jednak procedura "in vitro" przedstawiana jest jako jedyne wyjście dla małżeństw niemogących posiadać dziecka.
– W Stanach Zjednoczonych już kilka lat temu powstał instytut zajmujący się opracowywaniem etycznej metody pomagania małżonkom cierpiącym z powodu braku potomstwa. Ta metoda już istnieje, występuje pod nazwą naprotechnologii. Mówiąc krótko, polega na bardzo precyzyjnym wyliczeniu okresu płodnego kobiety podczas jej cyklu i wykorzystaniu go do poczęcia dziecka. Wszystko odbywa się w sposób naturalny i moralnie godziwy, bez sztucznej ingerencji hormonalnej, stymulacji jajników etc. Ta metoda jest już praktycznie stosowana nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Niedawno dowiedziałem się, że od kilku lat podobny instytut działa też w Irlandii, gdzie ponad osiemset dzieci urodziło się dzięki naprotechnologii. Należy jak najszybciej wprowadzić i upowszechnić w Polsce tę metodę. Nie może być tak, jak w przypadku naturalnych metod planowania rodziny, które są przez
Ministerstwo Zdrowia traktowane po macoszemu. Nie może to być też metoda, do której przyczepi się etykietkę „katolicka”, bo naprotechnologia jest dobra dla wszystkich niezależnie od wyznania i światopoglądu. Powiem więcej, tak mocno promowana obecnie w wielu dziedzinach życia ekologia, jest w dziwny sposób pomijana milczeniem w sferze prokreacji. Proszę zauważyć: antykoncepcję hormonalną – chemiczną i sztuczną zaleca się w ogromnej większości mediów. Metody naturalne są zaś pomijane, krytykowane bądź – w najlepszym wypadku – traktowane z przymrużeniem oka. Często zwracam się do młodych: Popatrzcie, jak was chcą oszukać i zmanipulować. Jeżeli chodzi o hodowlę prosiaków i kurczaków, mówi się „nie – hormonom”. Słyszymy: jak najmniej chemii w nawozach sztucznych, na polach, w rolnictwie. Ale twojej przyszłej żonie będą wmawiać, że to właśnie hormonalne, chemiczne środki są najlepsze, gdy chodzi o planowanie rodziny. Jestem za ekologią rozsądną i bez żadnych ograniczeń, a więc także w dziedzinie prokreacji.
Jeżeli mamy naturalne metody planowania rodziny – wysokoskuteczne i ekologiczne, to dlaczego się ich nie promuje?
– Dla mnie nie ulega wątpliwości, że jest to efekt działania lobby antykoncepcyjnego, bo nie jest tajemnicą, że w grę wchodzą tutaj miliardy złotych, a w skali świata – grube miliardy dolarów. Na metodach naturalnych, niestety, niewiele można zarobić, bo termometry nie są zbyt drogie, a jeśli u kobiety występuje wyraźny objaw Billingsa, no to już nawet nie kupi zeszytu w kratkę i długopisu, o termometrze nie wspominając.
Wracając do in vitro: nie dość, że to metoda głęboko nieetyczna i niepotrzebna, to jest ona również szkodliwa, bo – o czym nie mówi się w potężnych mediach – do 30 procent dzieci poczętych w taki sposób cierpi na różnego rodzaju poważne wady wrodzone. Jeżeli ma się odbywać na temat tej metody jakaś dyskusja, to trzeba powiedzieć społeczeństwu również o tym aspekcie. Skoro tak bardzo dbamy o środowisko ludzi już narodzonych, odpornych, o pełnej konstytucji psychofizycznej i źle się czujemy w blokowiskach czy domach, przy budowie których korzystano zbyt szczodrze z chemii budowlanej, to proszę sobie porównać sytuacje, w których człowiek albo poczyna się w łonie matki, albo na szkle i jeszcze potem trafia do lodówki. Nie trzeba być żadnym specjalistą w zakresie nauk medycznych, żeby wiedzieć, iż ta druga ewentualność musi mieć fatalne skutki, począwszy od najbardziej tragicznego finału – zgonu tego malutkiego dziecka, do wysoce prawdopodobnego, poważnego uszczerbku na jego zdrowiu. Mówimy o stosunkowo młodej gałęzi nauki, w ramach której wiele kwestii jest jeszcze nie do końca zbadanych. Jednak zwykły zdrowy rozsądek podpowiada, że te istoty ludzkie – nawet, daj Boże, szczęśliwie urodzone – muszą mieć w późniejszym życiu różnego rodzaju kłopoty, zarówno w aspekcie fizycznym, jak i psychicznym. Po drugiej stronie mamy wspomnianą naprotechnologię – metodę moralną, ekologiczną i nieporównywanie tańszą, co widać wyraźnie na podstawie danych z Irlandii i Stanów Zjednoczonych.
Chciałem zapytać, skąd bierze się tak duży nacisk na tworzenie w kolejnych państwach prawnych możliwości legalizowania metody in vitro, ale Pan właściwie udzielił już na to odpowiedzi.
– Tu sprawa jest bardzo prosta. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Mam informację, że w jednym z ośrodków zajmujących się tym procederem jedna próba pozaustrojowego zapłodnienia kosztuje 30 tysięcy złotych. Kobiety niemające w tej kwestii wystarczającej wiedzy, a szukające pomocy w sytuacji niemożności poczęcia potomstwa, aby urodzić jedno dziecko, poddają się dwóm, trzem próbom. A więc – mówiąc nieładnie, językiem handlowym – jedna klientka może przynieść takiemu ośrodkowi 90 tysięcy złotych przychodu. Mówimy o zupełnie różnych skalach wydatków, gdyż metoda naturalna jest przynajmniej dziesięć razy tańsza. Jest równocześnie trzykrotnie bardziej skuteczna w porównaniu z procedurą in vitro, jeśli chodzi o uzyskanie poczęcia i urodzenia dziecka. Wszystkie racje etyczne, medyczne, ekonomiczne przemawiają więc za naprotechnologią. Pozwolę sobie tu na dygresję – cóż z tego, że racja jest po naszej stronie, skoro mamy możliwość upowszechnienia swojego punktu widzenia w dość ograniczonym zakresie. Zmanipulowane informacje dotyczące problematyki sztucznego zapłodnienia płyną w Polskę w milionach egzemplarzy.
To skutek faktu, że my, katolicy nie mamy w naszym kraju proporcjonalnego do liczby wierzących dostępu do mediów.
– Stawiam nawet kontrowersyjne pytanie, czy my w ogóle jeszcze istniejemy jako wspólnota narodowa, skoro poważne, wielkie wręcz problemy społeczne są nieobecne w mediach i większość ludzi nawet po latach w ogóle nie wie, że zaistniały. Nie może istnieć wspólnota, która się z sobą nie komunikuje. Na przykład, w Polsce funkcjonował taki stan prawny, że przez osiem lat, wbrew ratyfikowanej przez nasze państwo Konwencji Praw Dziecka, legalna była pornografia dziecięca. W trakcie niedawnego spotkania z lekarzami zapytałem o tę kwestię i większość z nich o tym nie wiedziała. Drugi przykład to debata nad konstytucyjnym wzmocnieniem ochrony życia i dodaniem do odpowiedniego artykułu w ustawie zasadniczej słów: od poczęcia do naturalnej śmierci. Działam w ruchu pro-life od 30 lat i mówię z całą odpowiedzialnością, bo kontaktowałem się w tej sprawie z liderami kilku podobnych ośrodków w Polsce: nikt z nas nie miał w mediach publicznych (nie mówię, oczywiście, o katolickich) do dyspozycji nawet jednej minuty czasu antenowego. A „debata” społeczna na ten ważny temat trwała podobno przez osiem miesięcy. Co to za debata, w której – chociaż różnymi głosami – przemawia tylko jedna strona?
Legalizacja "in vitro" forsowana jest w Sejmie przez polityków rządzącej partii, która jeszcze nie tak dawno bardzo starała się pokazać wyborcom wręcz niemal jako katolicka. Nie uważa Pan, że jednak posłowie Platformy Obywatelskiej nie doczytali ważnych fragmentów nauczania Kościoła, a sławne „rekolekcje łagiewnickie” trafiły w próżnię?
– Mamy przed sobą najnowszą instrukcję Stolicy Apostolskiej Dignitas personae i cieszymy się, że papież Benedykt XVI tę kwestię tak wyraźnie zaakcentował. Ten dokument absolutnie blokuje próby etycznego „usprawiedliwiania” metody in vitro. Sprawa w tym momencie dla katolika jest zamknięta. Dla mnie, zajmującego się nią od dawna, było to jasne dużo wcześniej, zarówno w aspekcie moralnym, jak i prawnym. Fakt, bezpośrednich odwołań do in vitro w polskim prawie nie znajdziemy, ale mamy wspomniany artykuł Konstytucji dotyczący godności człowieka, którą ta procedura narusza, zarówno w odniesieniu do rodziców dziecka, jak i do niego samego. Nie brak też wyrażonego w wielu dokumentach jasnego stanowiska Kościoła katolickiego odnośnie ludzkiej godności. Jak może więc katolik tego nie dostrzegać? Nie chcę przypisywać komuś złej woli, wystarczy jednak te dokumenty przeczytać. Instrukcja Dignitas personae, chociaż potrzebna całemu światu,ukazała się w bardzo dobrym momencie dla Polski. Myślę, że wszyscy uczciwi katolicy – a jak oceniam, jest ich ogromna większość – z jeszcze większym zapałem powinni dołączyć do obrońców życia propagujących naprotechnologię – etyczną, godną człowieka alternatywę dla niemoralnego in vitro.
W wypowiedziach wpływowych polityków zajmujących się kwestiami etycznymi pojawia się charakterystyczny motyw: jestem katolikiem, ale swoje przekonania zostawiam w przedpokoju urzędu, w którym pracuję. Tak mówiła minister zdrowia, wysyłająca kilka miesięcy temu nastolatkę na „zabieg” zabicia jej poczętego dziecka, tak wbrew Kościoła zdaje się mówić poseł PO kierujący zespołem przygotowującym tak zwaną ustawę bioetyczną. Rządzące wcześniej Prawo i Sprawiedliwość, również na użytek wyborców odwołujące się deklaratywnie do wartości bronionych przez Kościół katolicki, zdusiło inicjatywę wzmocnienia konstytucyjnej ochrony życia człowieka. Czy to oznacza, że wierni nauczaniu Stolicy Apostolskiej nie mają swojej reprezentacji w parlamencie?
– Mamy bardzo słabą i częściowo dzieje się tak z naszej winy. Albo nie bierzemy udziału w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich, albo bierzemy w sposób niewystarczający, o czym dosyć dobitnie mówi nam frekwencja. Natomiast – z całym szacunkiem dla pani minister czy pana posła – mamy tu do czynienia z wielkim nieporozumieniem. Bo jeżeli uważam się za katolika, to chcąc zachować uczciwość wewnętrzną i wierność zasadom wiary, muszę być nim wszędzie, u siebie w domu i również w pracy. Obojętne czy dotyczy to lekarza w gabinecie, dziennikarza w radiostacji albo gazecie, państwowej bądź prywatnej, czy też urzędnika. W dokumentach Stolicy Apostolskiej napisano wyraźnie, że politycy katoliccy mają podstawowy obowiązek – zachować wierność zasadom wynikającym z wiary.
Dziękuję za rozmowę.
Za: Polonia Christiana nr 6/2009

