Pierwsza parada homoseksualistów w Wilnie zakończyła się zamieszkami. W samej paradzie, według różnych danych, wzięło udział około 500 osób. Przeciwników było dwa lub trzy razy więcej, a pilnowało ich 600 policjantów, niektórzy na koniach, inni – z psami – informuje dziennik „Rzeczpospolita”.
Gazeta przypomina, iż o tym, że na tej pierwszej w historii Litwy paradzie może być gorąco, wiadomo było już od kilku dni. Pełniący obowiązki prokuratora generalnego Raimondas Petrauskas twierdził, że otrzymał informacje, iż podczas imprezy może dojść do niebezpiecznych dla jej uczestników wydarzeń. Dlatego 3 maja wniósł do sądu o zakazanie parady. I sąd taki zakaz wydał.
W piątek, Litewski Najwyższy Sąd Administracyjny uwzględnił skargę organizatorów i anulował decyzję sądu niższej instancji. Lider Ligi Gejów Litwy Władimir Simonko – główny organizator imprezy – dowodził, że „bezpieczeństwo będzie gwarantowane“.
Szef wileńskiej policji Kestutis Lanczinskas zapowiedział, że na miejsce zbiórki uczestników parady zostanie wpuszczonych nie więcej niż 350 osób, bo taką liczbę zapowiedzieli organizatorzy. Tymczasem już w nocy z 7 na 8 maja omal nie spłonęło biuro organizacji Stowarzyszenie na rzecz Tolerancji. Najpierw nieznane osoby wybiły okna kamieniami, a potem wrzuciły do środka koktajle Mołotowa – czytamy w „Rzeczpospolitej”
Wśród demonstrujących pederastów pojawili się europejscy politycy, pięciu euro deputowanych, kilku ambasadorów, m.in. brytyjski i francuski oraz kilkudziesięciu działaczy organizacji praw człowieka Amnesty International i wielu innych cudzoziemców.
Jak informuje „Rz”, przeciwnicy marszu rzucali kamieniami, butelkami i świecami dymnymi, krzyczeli „precz z homonazistami“ i usiłowali przedrzeć się przez kordon policji. Doszło do starć, policja użyła pałek i gazu łzawiącego. Aresztowano 12 osób.
Źródło: „Rzeczpospolita”

