O zaletach naprotechnologii – metody zapobiegania, wczesnego wykrywania i leczenia zaburzeń zdrowia prokreacyjnego, w tym obniżonej płodności – dyskutowano podczas konferencji naukowej „NaProTechnology – Lublin 2009”, która odbyła się w tym mieście w sobotę i w niedzielę.
W dwudniowej międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez Katedrę i Klinikę Położnictwa i Perinatologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, Polskie Towarzystwo Medycyny Perinatalnej oraz Fundację Instytut Leczenia Niepłodności Małżeńskiej im. Jana Pawła II w Lublinie wzięło udział wielu wybitnych gości ze Stanów Zjednoczonych i Irlandii – informuje „Nasz Dziennik”. Byli wśród nich m.in. prof. Thomas Hilgers, współtwórca naprotechnologii, ginekolog, dyrektor amerykańskiego Instytutu Papieża Pawła VI oraz dr Philip Boyle, lekarz rodzinny prowadzący praktykę w Galway w Irlandii i propagujący stosowanie wśród swoich pacjentów tej metody w leczeniu niepłodności.
W organizacji konferencji uczestniczyli Instytut Edukacji Społecznej i Religijnej im. ks. Piotra Skargi oraz magazyn „Polonia Christiana”.
Naturalna Technologia Prokreacyjna, czyli naprotechnologia, jest w stanie pomóc małżeństwom borykającym się z licznymi problemami, które uniemożliwiają im doczekanie się potomstwa. Lekarze specjalizujący się w tej młodej dziedzinie medycyny coraz lepiej radzą sobie z niepłodnością męską, nawykowymi poronieniami i endometriozą – czytamy w „Naszym Dzienniku”.
Naprotechnologia to jedna z najbardziej skutecznych metod leczenia niepłodności. Wprowadzenie NaProTechnology do praktyki medycznej sprawowanej przez położne i pielęgniarki, lekarzy rodzinnych i położników ginekologów w Polsce mogłoby w znaczący sposób przyczynić się do zmniejszenia częstości niepłodności, niepowodzeń położniczych oraz innych schorzeń w zakresie ginekologii i położnictwa – podaje KAI.
– Naprotechnologia nie krzywdzi żadnego człowieka. To odmienne podejście etyczne i moralne do ludzkiej płodności. Udało nam się przyciągnąć do tej pracy lekarzy z całego świata. To jest nowa dziedzina poświęcona zdrowiu kobiety, która ma umocowanie w wiedzy lekarskiej i która stara się odkryć przyczyny niepłodności i skutecznie je wyleczyć – podkreśla prof. Thomas Hilgers, współtwórca naprotechnologii, ginekolog.
Profesor Hilgers jest specjalistą w leczeniu niepłodności, członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Chirurgii Laserowej i Towarzystwa Chirurgii Reprodukcyjnej, dyrektorem Instytutu Pawła VI i profesorem Creighton University w Omaha. Razem ze swoim zespołem stworzył i stale rozwija NaProTechnology – innowacyjną i skuteczną metodę zapobiegania, wczesnego wykrywania i leczenia zaburzeń zdrowia prokreacyjnego w tym obniżonej płodności.
Profesor Hilgers z nominacji Ojca Świętego Jana Pawła II jest członkiem Papieskiej Akademii Pro Vita, przez 5 lat uczestniczył również, wraz z żoną Sue, w pracach Papieskiej Rady d/s Rodziny.
Naprotechnologia to wspieranie naturalnej rozrodczości
W pierwszym dniu konferencji naukowej w Lublinie, Susan i Thomas Hilgersowie mówili o podstawach i zasadach funkcjonowania naprotechnologii, a także obszarach jej zastosowania.
Prof. Hilgers przedstawił szerokie spektrum zastosowań naprotechnologii. Zauważył, że naprotechnologia to wspieranie naturalnej rozrodczości. – To jest podejście jednocześnie nowe i stare. Ostatnie 50 lat w medycynie nie szło w tym kierunku. Dziś często nie obchodzi nas, co powoduje zaburzenia, nie badamy ich i nie leczymy. Nam chodzi o inny sposób myślenia – podkreślił dyrektor Instytutu Pawła VI dla Badań nad Ludzką Rozrodczością w Omaha, członek Papieskiej Akademii Życia.
– Z mojego doświadczenia pracy z kobietami z różnych zakątków USA wynika, że w większości są one głęboko niezadowolone z klasycznego leczenia niepłodności. Oferuje się im tabletki i in vitro, ale nie daje się odpowiedzi na ich pytania. Naprotechnologia to inne podejście medyczne, moralne i etyczne – podkreślał prelegent. Dodał, że jako młody lekarz składał przysięgę lekarską, w której zobowiązał się do szacunku dla ludzkiego życia od poczęcia.
– Dlaczego miałbym tego nie przestrzegać? W naprotechnologii respektujemy godność kobiet, małżeństwa i dzieci, które mają się począć i urodzić. To są wartości, które trudno odrzucić nawet mimo zmian socjologicznych i kulturowych. To podstawowe odczucia, których nie można zanegować. W ciągu ostatnich 50 lat pionierzy antykoncepcji i in vitro popełnili błąd uważając, że są awangardą i że wszyscy za nimi pójdą. Nie mają racji. Te podstawowe przekonania są uniwersalne, nie da się ich zniszczyć i wyrzucić – stwierdził.
Prof. Hilgers wykazał, że naprotechnologia ma zastosowanie medyczne, chirurgiczne i perinatalne. On sam zajmuje się rekonstrukcja miednicy i procedurami mikrochirurgicznymi z użyciem lasera, stosuje „prawie bezzrostową” chirurgię i laparoskopię „bliskiego kontaktu”. W USA, dowodził, wykształcenie laparoskopiczne ogranicza się do przecinania i podwiązywania jajowodów. Tymczasem laparoskopia bliskiego kontaktu, którą uprawia prof. Hilgers pozwala leczyć endometriozę, jajniki policystyczne i inne schorzenia, bez blizn i zrostów.
Dzięki naprotechnologii można unikać też ciąż mnogich, częstych przy in vitro, które wiążą się z porodem wcześniaczym, co może mieć katastrofalne skutki. Przy naprotechnologii procent takich ciąż wynosi 3,2 proc. i są to na ogół ciąże bliźniacze, które dochodzą do 37 tyg., co równa się praktycznie z ich donoszeniem. Przy in vitro – od 35 do 50 proc.
Prelegent wykazywał też, że sztuczne zapłodnienie nie przynosi postępu jeśli chodzi o wzrost wskaźnika ciąż. Podał szereg danych. W przypadku pacjentek z endometriozą, w 1981 r. 53,9 proc. osiągnęło ciążę po 36 miesiącach po zachowawczym leczeniu chirurgicznym, zaś w 2001 r. wskaźnik ciąż na cykl zaczęty sztucznym zapłodnieniem wynosił 30,6 proc.
Jeśli chodzi o wskaźniki ciąż u pacjentek z policystycznymi jajnikami przez ostanie 50 lat, to w 1950 r. wskaźnik ciąż po resekcji klinowej wynosił 66 proc., a w 2001 r. wskaźnik ciąż na cykl zaczęty sztucznym zapłodnieniem wynosił 23,1 proc. Jeśli chodzi z kolei o niepłodność spowodowaną czynnikami jajowodowymi, w 1978 r. mikrochirurgiczna korekta zrostów jajowodowych dawała 29-procentowy wskaźnik ciąż na kobietę, zaś w 2001 r. wskaźnik żywych urodzeń na cykl zaczęty sztucznym zapłodnieniem wynosił 27,5 proc.
Zdaniem prof. Hilgersa to chyba jedyny przypadek, kiedy bardziej skuteczna metoda została zastąpiona przez mniej skuteczną. Uważa on też, że „brakujące ogniwo” to brak adekwatnej diagnozy, co spowodowało nieadekwatne leczenie, i brak koncentracji na ludzkiej płodności.
Z kolejnych danych wynikało, że naprotechnologia dzięki technikom antyzrostowym osiąga lepsze wyniki niż leczenie chirurgiczne klasycznymi metodami. Skumulowany wskaźnik ciąż wynosi tu 80 proc.
Szczegółowe przypadki prof. Hilgers omawiał podczas kolejnych trzech wykładów. Wyjaśniał, że chirurgiczna naprotechnologia to specjalistyczna chirurgia ginekologiczna, której głównym celem jest rekonstrukcja narządów miednicy – macicy, jajników i jajowodów. Stosuje się ją przy leczeniu takich przyczyn niepłodności jak endometrioza, choroba zrostowa miednicy, niedrożność w bliższej i dalszej części jajowodów, mięśniaki macicy, torbiele jajników.
Mówił m.in. o zaletach laparoskopii „bliskiego kontaktu”, która pozwala robić bardzo dokładne obserwacje i postawić diagnozę, a nowy sposób wykonywania chirurgii redukować do minimum zrosty. Laparoskopia jest rutynowym zabiegiem w leczeniu przy naprotechnologii, co pozwala zobaczyć przyczyny, powody organiczne. Większość tych problemów jest do wyleczenia.
U podstaw metody leży docenienie płodności
Susan Hilgers mówiła z kolei o rozumieniu płodności, które leży u podstaw Modelu Creightona, bazowej dla naprotechnologii. Współtwórczyni tej metody stwierdziła, że Model Creightona jest pierwszym systemem łączącym planowanie rodziny z monitorowaniem i podtrzymywaniem zdrowia ginekologicznego i rozrodczego kobiety.
Metoda opiera się na standaryzowanej obserwacji i zapisywaniu w karcie obserwacji biowskaźników. Służy zarówno tym, którzy chcą dokonać, jak i tym, którzy chcą uniknąć poczęcia i pomaga wykryć nieprawidłowości w zdrowiu kobiety. – Po raz pierwszy w historii mamy możliwość nauczenia się języka ciała kobiety i zrozumienia go – powiedziała prelegentka.
U podstaw metody leży docenienie płodności. Pary uczone są indywidualnie, zajęcia są dostosowane do każdej z nich. Nauczyciel ma przekazać parze podstawowe wiadomości dotyczące płodności i niepłodności, bez nastawienia antykoncepcyjnego, musi być zaangażowany w pomoc małżeństwu w docenieniu ich płodności, użycie metody jest wspólną odpowiedzialnością męża i żony.
Susan Hilgers wskazała, że skuteczność Modelu Creightona w osiąganiu poczęcia u par z normalną płodnością w pierwszym cyklu wynosi 76 proc., w trzecim – 90 proc., a w szóstym – 98 proc.
Z doświadczeń pracy na modelu narodziła się naprotechnologia, która jest także systemem edukacyjnym. Składa się nań edukacja kobiety i pary małżeńskiej, program dla instruktorów, program dla lekarzy i program dla edukatorów, nadzorujących szkolenia. Taką osoba jest Janina Filipczuk, farmaceutka mieszkająca w Kanadzie, która sprowadziła szkolenia do Polski. Przed pierwszym kursem w Polsce w listopadzie ubiegłego roku kilku lekarzy szkoliło się zagranicą.
Susan Hilgers zwróciła też uwagę na głębsze efekty stosowania Modelu Creightona. – Na początku pary stosowały system głównie po to, aby odłożyć poczęcie. Kiedy pary nauczyły się oceniać swoją płodność, zrozumieliśmy, że ten system wkracza w ich życie w pozytywny sposób. Stosowanie Modelu Creightona sprawiło, że wiele par zmieniło swoją początkową decyzję o odłożeniu poczęcia i zapragnęło dziecka – mówiła.
– Model sprawia, że relacja między żoną a mężem staje się głębsza. Przychodziły do nas kobiety, które myślały o aborcji i dzięki wsparciu instruktorów zmieniły decyzję. Zdarzało się, że pary żyjące bez ślubu decydowały się nań, byliśmy też świadkami pogłębiania wiary u ludzi, którzy używali tego modelu. Widzieliśmy wiele razy, że pary, które doczekały się dziecka, okazywały mu wielką miłość i radość – dodała.
Procedury in vitro nie przewidują dokładnej diagnostyki
O wątpliwościach związanych ze stosowaniem metod sztucznego rozrodu mówił podczas lubelskiej konferencji poświęconej naprotechnologii w niedzielę 13 września dr Philip Boyle z Galway Clinic w Irlandii. Przedstawił też efekty jedenastu lat swojej praktyki leczenia niepłodności metodą naprotechnologii.
Lekarz przywołał artykuł opublikowany w lipcu przez amerykańskiego lekarza dr Sami Davida w „Sunday Times”. Pisze on tam, że jedynie jedna para na 80 w USA, mająca problemy z niepłodnością, uzyskuje poczęcie dzięki in vitro, a ponad 75 proc. próbuje metod alternatywnych. Potwierdził też, że 50 proc. z kobiet, które zgłaszają się, nie potrzebuje in vitro. Większość par jest kierowana do tych procedur bez głębszej diagnostyki.
Efektywność metod sztucznego rozrodu opisuje w warunkach europejskich raport ESHRE (Narodowy Rejestr Rozrodu Wspomaganego). Wynika z niego, że skuteczność procedur in vitro oraz ICSI sięga ok. 30 proc. Dane z 2005 roku, opublikowane w roku ubiegłym, mówią o ok. 80 tys. klinicznych ciąż, z czego w 47 tys. przypadków doszło do porodu, a 32 tys. to poronienia.
Dr Boyle zwrócił uwagę, że z danych wynika, iż we Włoszech zanotowano tylko 8-procentowy wskaźnik żywych urodzeń przy regulacjach prawnych, mających na celu ochronę embrionu. Wnika z tego, że aby wskaźnik żywych urodzeń in vitro był znaczący, niezbędne jest wyprodukowanie nadwyżki embrionów.
– Bardzo ważne w polskiej debacie na temat ustawy o ochronie życia poczętego jest, by rozmawiać o koniecznych uwarunkowaniach, nie dopuszczających niszczenia i zamrażania embrionów – zauważył.
Stwierdził też, że spośród 750 tys. embrionów otrzymanych w procedurze in vitro w Wielkiej Brytanii, mniej niż 35 tys. miało szanse się urodzić, co wskazuje, że jest to wysoce aborcyjna technika. In vitro może także powodować powikłania, zarówno u kobiety, jak i dziecka – tu dwukrotnie wyższe ryzyko wad wrodzonych czy uszkodzenie płuc. Długofalowe skutki in vitro nie są znane.
W Irlandii dzięki naprotechnologii od 1998 r. urodziło się ok. tysiąca dzieci. Sukces udało się osiągnąć u średnio 50 proc. niepłodnych par, u par po nieudanym in vitro – takie pary mają 20 do 30 proc. szans na poczęcie, a także u par z problemem nawracającego poronienia, tu skuteczność leczenia wynosi ok. 80 proc.
Dr Boyle zwrócił uwagę, że procedury in vitro nie przewidują dokładnej diagnostyki, co jest podstawą w naprotechnologii. Jego praktyka to 168 poczęć wśród 136 par po nieudanym in vitro. Większość z tych kobiet była w zaawansowanym wieku prokreacyjnym, a 74 proc. z nich nigdy wcześniej nie rodziło. Każda z tych par przynajmniej raz próbowała in vitro. W 73 proc. diagnoza nie była jasna, dzięki naprotechnologii doktorowi udało się zdiagnozować zaburzenia hormonalne, a w 65 proc. udało się uzyskać narodzenie.
Lekarz podkreślił, że oprócz ścisłej diagnostyki i odpowiedniego leczenia farmakologicznego i chirurgicznego ważny jest czas. Poczęcie powinno nastąpić optymalnym czasie, po poprawie cyklu, najlepiej dać sobie na to czas dwunastu cykli. Zauważył, że lekarze stosujący in vitro najczęściej zachęcają pacjentki do szybkiej decyzji, bo po 34 roku życia wskaźnik żywych urodzeń w metodzie in vitro spada. Tymczasem z badań wynika, że wskaźniki naturalnych poczęć są wyższe w każdym przedziale wiekowym.
Lekarz przedstawił także w czasie wykładu szczegółową analizę szeregu przypadków wyleczenia męskiego czynnika w niepłodności, a także w jaki sposób pomógł parom, które wcześniej miały poronienia lub nieudane próby in vitro.
To szansa dla lekarzy, by wykonywać zawód ginekologa zgodnie z sumieniem
– Jesteśmy świadkami zmian w postrzeganiu spraw łączących się z początkiem ludzkiego życia i godnością jego przekazywania – mówił znany położnik i ginekolog prof. Bogdan Chazan. Podkreślił, że naprotechnologia proponuje procedury medyczne, które są znane, ale niewykorzystywane we właściwy sposób. – Dają one szanse skutecznego leczenia dla tych kobiet, tych małżeństw, które nie akceptują antykoncepcji, przeniesienia cudu poczęcia ze sfery małżeńskiej miłości, otwartej na rodzicielstwo, do szklanej probówki. To także szansa dla lekarzy, by wykonywać zawód ginekologa zgodnie z sumieniem – powiedział.
Prof. Chazan zauważył też, że we wprowadzeniu tej metody do Polski kluczowe jest wychowanie młodych kadr lekarskich, prawidłowo rozumiejących powołanie lekarskie.
Uczestnicy konferencji podkreślali, iż naprotechnologia może być znacznie tańszą i skuteczniejszą metodą leczenia niepłodności niż metody sztucznego wspomagania rozrodczości (in vitro). Ale niestety, to właśnie in vitro jest przez lekarzy ginekologów od razu proponowane małżeństwom, które nie mogą doczekać się potomstwa. Przy czym bardzo rzadko się zdarza, aby ci sami lekarze poświęcali czas zdiagnozowaniu przyczyn niepłodności u kobiet.
Większość liberalnych lekarzy przyjęła i wmawia to samo pacjentkom, że in vitro to lek na niepłodność. Tymczasem, jak podkreślał wielokrotnie dr Boyle, in vitro przeprowadzane jest bez podstawowych informacji o organizmie danej kobiety, bez oceny poziomu progesteronu, owulacji, bez przeprowadzania laparoskopii.
– Naprotechnologia może tymczasem już dziś pochwalić się statystykami pokazującymi, że można tą metodą pomóc wielu małżeństwom, którym nic nie dały wielokrotne próby in vitro. – Naprotechnologia odnosi sukces u średnio 50 proc. niepłodnych par. Pary po nieudanym in vitro mają najmniej 20-30 proc. szans na sukces i naturalne poczęcie dziecka – podkreślił dr Boyle. Podstawą naprotechnologii jest system Modelu Creightona, czyli wystandaryzowany zapis w kartach obserwacji ginekologicznych cyklu menstruacyjnego dotyczący krwawienia, wydzieliny śluzowej i dni suchych.
Współtwórczyni Modelu Creightona Susan Hilgers podkreśliła, że w naprotechnologii kobieta musi zapisywać swoje obserwacje i dzięki temu może dowiedzieć się więcej o sobie i swojej płodności. – Większość kobiet ma ograniczoną wiedzę na temat procesów zachodzących w czasie ich cyklu menstruacyjnego. System naprotechnologii pozwolił kobiecie odkryć, co dzieje się w jej cyklu każdego dnia, z dnia na dzień – powiedziała Hilgers. – Model Creightona służy zarówno małżeństwom pragnącym dziecka, jak i tym, które poczęcie chcą odłożyć w czasie, pomaga wykryć nieprawidłowości w organizmie kobiety – dodała Hilgers.
Jak podkreślił prof. Hilgers, naprotechnologia odpowiada katolickiej wizji człowieka, która nawiązuje do słów Pisma Świętego: "Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, uświęciłem cię". Natomiast przeciwna jej świecka wizji głosi: "Zanim utworzyłem cię w łonie matki, stworzyłem cię, sklasyfikowałem, przetestowałem, zamroziłem i przetransferowałem do macicy".
Lubelska konferencja miała istotne znaczenie w sytuacji, gdy w Sejmie rozpoczęły się prace nad projektami ustaw dotyczącymi stosowania w Polsce in vitro. Posłowie odrzucili od razu obywatelski projekt ustawy, który wprowadzał zakaz in vitro. To by wskazywało na to, że rządowi uda się zdobyć większość głosów do przeforsowania jednego z projektów legalizującego in vitro. Zwolennikom sztucznego zapłodnienia zależy na tym, aby parlamentarna dyskusja została sprowadzona nie do tego, czy stosować, czy nie in vitro w Polsce, ale na jakich warunkach i kto mógłby z niego korzystać (np. czy tylko małżeństwa, czy też osoby żyjące w tzw. wolnych związkach). Tymczasem w Lublinie udowodniono, iż zamiast wydawać ogromne pieniądze na in vitro, osiągniemy lepszy efekt medyczny, nastawiając się na naprotechnologię. Jest to także metoda, która nie wywołuje konfliktów etycznych i moralnych u lekarzy i małżonków ją stosujących, w przeciwieństwie do in vitro.
Źródło: KAI, „Nasz Dziennik”
– Naprotechnologia to przyszłość – uważa prof. Hilgers. Według niego metoda ta jest od 1,4 do 2,8 razy skuteczniejsza niż zapłodnienie in vitro.
Badania rozpoczęły się w 1976 roku, kiedy naukowiec zaczął oceniać postęp w leczeniu niepłodności. Jego obserwacje doprowadziły do opracowania systemu standaryzacji znanego pod nazwą Creighton Model Fertility Care System. W latach 1976-1991 lekarze badali, co zwierają karty obserwacji, prowadzone przez tysiące pacjentek i co oznaczają występujące nieprawidłowości. W wyniku tego w 1991 roku został opublikowany poradnik dla lekarzy, poświęcony naprotechnologii, a w pracę badawczą zaangażowało się więcej osób.
Po latach intensywnych badań nad płodnością kobiety udało się opracować pierwszy podręcznik naprotechnologii. – Od opublikowania pracy w 2004 roku widzimy zwiększone zainteresowanie tą dziedziną wśród lekarzy, prowadzimy szkolenia o zasięgu światowym – zauważył prof. Hilgers na konferencji prasowej.
Zaznaczył też, że propagatorom metody zależało na solidnych podstawach naukowych, dlatego nie spieszyli się z nadawaniem rozgłosu metodzie przed opracowaniem badań. Dodał, że w środowisku medycznym zmiany nie następują natychmiast, dlatego spodziewa się jeszcze wielu lat pracy.
Amerykański ginekolog zwrócił też uwagę na potrzebę edukacji, by wiedza o systemie mogła dotrzeć do zainteresowanych. – W 1976 roku byliśmy jedynym ośrodkiem, dziś mamy 215 ośrodków zajmujących się troską o płodność w systemie Creightona. Edukacja jest ważnym czynnikiem naprotechnologii, a edukacja zawsze wymaga czasu – mówił. – Pierwsze dziecko z próbówki urodziło się w 1978 roku, a w Polsce w 1985 roku. Czy ktoś pytał, dlaczego nie stało się to od razu w 1979? – pytał retorycznie.
Prof. Hilgers powiedział, że program wdrażania Modelu Creightona funkcjonuje obecnie w większości krajów europejskich, silnie rozwiniętym ośrodkiem jest Irlandia, gdzie metoda jest dobrze znana a na jej temat toczą się tam debaty. – Myślę, że Polska będzie drugim państwem po Irlandii, gdy chodzi o wdrażanie naprotechnologii – stwierdził.
Naprotechnolodzy pojawili się w Polsce w 2007 roku, obecnie kończy się pierwsze szkolenie dla instruktorów Modelu Creightona, wczoraj szkolenie w Polsce zakończyło pomyślnie ośmiu lekarzy. Jak stwierdził, w Polsce jest już dziecko poczęte dzięki naprotechnologii.
Prof. Hilgers podkreślił, że przyszłość rozwiązywania problemów z rozrodczością leży po stronie naprotechnologii. – W programie in vitro nie szuka się przyczyn, tego, co leży u podłoża ludzkiej prokreacji. W naprotechnologii szukamy nie tylko metod leczenia, ale zastanawiamy się, jakie są przyczyny i jak całkowicie je wyleczyć przyczyny. To oczywiście jeszcze potrwa, zanim będziemy mogli powiedzieć, że każdą przyczynę można wyleczyć.
Prof. Hilgers dodał, że udało mu się pomóc ponad 150 parom po wielu nieraz niepowodzeniach związanych z in vitro, m.in. parze, która osiem razy próbowała nieskutecznie począć dziecko w procedurze in vitro, a dziś dzięki naprotechnologii mają dwoje dzieci. Podkreślił, że naprotechnologia może pomóc nie tylko przy niepłodności kobiecej, ale także męskiej, jak również tam, gdzie in vitro nie jest w stanie pomóc, m.in. w zespole przedwczesnego wygasania czynności jajników.
Zwrócił też uwagę, że Model Creightona pozwala przewidzieć problemy, zanim się pojawią, i zaradzić im. – To radykalne podejście, bo zaczynamy leczyć nieprawidłowości, zanim się jeszcze pojawią, widzimy je na kartach prowadzonych w systemie Creightona. Jest to tak radykalnie nowy sposób myślenia, że niektórzy nie chcą go słuchać – stwierdził prof. Hilgers.
Dodał, że cieszy się, iż w Polsce metoda budzi zainteresowanie i prowadzona jest debata.
– Polska może dokonać wyboru. Wszyscy współczujemy parom z problemami płodności. Pytanie brzmi, co wy Polacy jako naród wybierzecie, jaką drogę do leczenia niepłodności. Czy przyjmiecie metodę, która jest jednoznaczna z niszczeniem embrionów, kompromisem etycznym, który pozostawia kobiety i małżeństwa wyniszczone, czy wybierzecie drogę, jaką jest naprotechnologia. Pokazujemy Polsce świeżą drogę i nowy wybór. Pokazujemy, że jest możliwy sukces bez kompromisu etycznego – przekonywał amerykański ginekolog.
Źródło: KAI

