Dziennik „Present" – którego jest Pan wydawcą – jest w Polsce zupełnie nieznany. Czy może Pan naszym Czytelnikom coś o nim powiedzieć?
Dziennik „Present" został założony w roku 1982. Początkowo był to miesięcznik, który sam redagowałem w moim rodzinnym regionie Castres, ale potem, po naradach z Jeanem Madiranem, zdecydowaliśmy się na wielką przygodę w postaci wydawania dziennika, co też nam się udało, mimo bezustannych problemów, szczególnie finansowych, bojkotu pozostałych mediów, części Francuzów, niestety także katolików.
A czy może Pan w kilku zdaniach przedstawić zasadnicze idee „Present"?
Idee naszego dziennika wyznacza dewiza „Bóg-Rodzina-Ojczyzna", jesteśmy więc dziennikiem katolickim, zajmującym się polityką, szczególnie obroną idei narodowej z punktu widzenia religijnego, propagowaniem przywiązania do nauczania Kościoła, do Rzymu i do katolickiej nauki społecznej.
Czy jest Pan członkiem Front National?
Byłem. Nawet byłem członkiem władz FN do roku 2004, gdy podałem się do dymisji z Biura Politycznego FN, aby zaprotestować przeciwko ideom i formom działania partii. Zdałem sobie sprawę, że w Biurze Politycznym moje idee są w mniejszości i nie mogą liczyć na poparcie. Były również pewne sprawy personalne, ale o tym nie chciałbym rozmawiać. Jeśli chodzi o sprawy programowe, to spór dotyczył przede wszystkim córki Jeana-Marie Le Pena, Marinę Le Pen, która zaczęła tam grać pierwsze skrzypce i narzucać partii nowy program. Chodzi przede wszystkim o akceptację prawa do zabijania dzieci poczętych; następnie o zliberalizowanie poglądów dotyczących tzw. małżeństw homoseksualnych, co bardzo mnie zaniepokoiło. Szczególne jednak zdziwienie musi budzić nowa linia Jeana-Marie Le Pena wobec islamu. Chodzi mi o wyraźne zbliżenie. To mnie bardzo wzburzyło, gdyż wraz z przyjaciółmi walczyłem o to, aby Francja nie przekształciła się z Najstarszej Córki Kościoła w najstarszą córkę islamu.
Ale w Polsce FN przedstawiany w demoliberalnych mediach jest jako partia „skrajnej prawicy" lub nawet jako „faszyzm". Czy mógłby Pan – jako wieloletni działacz – przybliżyć polskiemu Czytelnikowi FN? Czy jest to ruch konserwatywny, nacjonalistyczny, katolicki – oczywiście pytam w formie „czym był" FN, skoro sam Pan stwierdził, że z wolna porzuca te idee.
Przez wiele lat byłem odpowiedzialny za „uniwersytet" FN, czyli za imprezy kulturalne i naukowe, więc wydaje mi się, że mogę mówić jakie głosiliśmy idee. Nie byliśmy nigdy rasistami. Ja sam zajmowałem się problemem solidarności społecznej, w tym także pracowałem z ludźmi pochodzącymi z Afryki. Mam zresztą krew nie tylko francuską, ale także i indonezyjską. Dlatego zarzut o rasizm jest zupełnie absurdalny. Oskarżenia o faszyzm to oczywiście tradycyjny repertuar lewicy; to taki rytuał wyzywania nas od faszystów. Prawda jest taka, że w ramach FN od zawsze istniały silne spory pomiędzy tymi, którzy – tak jak ja – głosili naukę społeczną Kościoła i chcieli aby FN stał na gruncie zasad pochodzących z chrześcijaństwa, które jest fundamentem naszej cywilizacji, a tymi, którzy – to bardzo niewielka mniejszość – popierali idee tzw. nowej prawicy. Tych ostatnich z lewicą łączyła wrogość do chrześcijaństwa. I to tamci bywali rasistami.
Co sądzi Pan o Traktacie Europejskim, Konstytucji dla Europy?
Myślę, że te dokumenty prowadzą wyłącznie do wielkiego zamieszania. Niestety, projekty te popiera obecny Prezydent Republiki Nicolas Sarkozy. Te traktaty funkcjonują głównie jako słowa, pojęcia. Nikt nie zna ich treści. Nigdy nie udało mi się w całości przeczytać ich zawartości ze względu na ich obszerność i skomplikowanie…
Mnie także się nie udało…
No właśnie, nawet specjaliści nie dają rady. Ja po prostu nie potrafię Panu powiedzieć co w sumie tak naprawdę znajduje się w tej wielkiej paczce dokumentów. Ten tekst z punktu widzenia logiki i zasad polityki jest po prostu nie do zrozumienia. Tego nie da się przeczytać! Wydaje się, że istotą tego projektu jest zrobienie czegoś łączącego ze sobą ZSRR i USA: United Soviet of Europe. Projekty te wydają się mieszać ze sobą kwestie polityczne z administracyjnymi. To pomieszanie z poplątaniem. Polityka służy podejmowaniu decyzji, a administracja do ich wykonywania. Przejawem tego poplątania jest zresztą sama Komisja Europejska w Brukseli. To ciało i prawodawcze i administracyjne równocześnie: samo wydaje prawa, regulacje, potem samo je wciela w życie i egzekwuje. To sprowadza np. parlamenty krajowe do roli technicznej, gdyż muszą przegłosowywać projekty opracowane przez mrowie urzędników z Brukseli. To jest odwrócenie naturalnego porządku rzeczy.
W Polsce Nicolas Sarkozy przedstawiany jest jako modelowy wzorzec nowoczesnej prawicy. A czy dla Pana to jest człowiek prawicy?
No, to najpierw byśmy musieli zdefiniować co to jest „człowiek prawicy"… Z mojego punktu widzenia pojęcia prawicy, to jest to raczej człowiek lewicy. On się oczywiście sytuacyjnie na prawicy znajduje, ale wszak nie jest to prawdziwa, autentyczna prawica. Pod tym ostatnim pojęciem rozumiem uznanie filozoficznego realizmu, czyli uznanie, że istnieją pewne prawa warunkujące życie i śmierć społeczeństw. Społeczeństwa żyją i wzrastają, gdy przestrzegają prawa danego ludziom, czyli Dekalogu. Sarkozy np. uważa, że konkubinaty czy małżeństwa homoseksualne są równoprawne tradycyjnej rodzinie. Kto tak uważa oczywiście nie jest z prawicy! Sarkozy akceptuje utratę naszej identyfikacji narodowej. Dla nas prawica to połączenie chrześcijaństwa z naszą świadomością narodową, na którą składa się nasze pochodzenie, ethnos, wartości cywilizacyjne. Dla niego identyfikacja bycia Francuzem to miłość do Republiki, to prawa człowieka – a przecież owe prawa człowieka są dla wszystkich ludzi, nie ma tu mowy o partykularnej samoidentyfikacji. Dlatego to nie jest człowiek prawicy, są w jego programie pewne elementy prawicowe, jak np. zmniejszenie państwowego fiskalizmu, zwiększenie wolności ekonomicznych.
A właśnie, o to chciałem Pana spytać: o kwestię fiskalną. Nicolas Sarkozy jest w Polsce prezentowany – np. przez Guy’a Sormana, często u nas przedrukowywanego – jako nieustraszony bojownik z etatyzmem i socjalizmem państwowym. Czy jest tak w istocie?
Niech Pan posłucha: w tej chwili to jeszcze cokolwiek trudno powiedzieć, dopiero zaczął rządzić. Jest dużo jego wystąpień publicznych z planami na ten temat. Póki co nie miał jeszcze kiedy zaaplikować swojego programu. To zresztą nie będzie proste. We Francji wpływy socjalistów i marksistów są poważne. Na razie możemy go oceniać jedynie po słowach.
Co Pan sądzi o Charlesie de Gaulle’u?
Ojej, jakby to powiedzieć…
Pytam, gdyż w Polsce de Gaulle to synonim człowieka prawicy, bohater wojny o niepodległość. Nie ukrywam, że liczę, iż przedstawi Pan tu inną twarz de Gaulle’a, gdyż prawica francuska uważa go za „zdrajcę Algierii francuskiej".
Tak, de Gaulle to człowiek, który zdradził, którego można nienawidzić za jego zbrodnie, szczególnie wobec Algierii. To był człowiek o wielkich i wszechstronnych talentach, wielkiej inteligencji, niezwykle zręczny polityk, wybitny wódz. Człowiek, który rozpoczynał swoją karierę przy Marszałku Petainie; był jego protegowanym. Nie należę do tych, którzy kontestują jego rolę w ruchu oporu, gdyż uważam, że w naszym interesie była walka o wyzwolenie spod niemieckiej okupacji – podobnie jak sądzą Polacy o swoim kraju – ale wobec Marszałka Petaina po wojnie postąpił bardzo niesprawiedliwie. Przecież Petain uratował Francję, zaoszczędził jej wielkich nieszczęść. Czyli właśnie tego, czego doświadczyła Polska. I to jest mój zarzut względem de Gaulle’a, który niepomny na to niebezpieczeństwo, pozwolił po wojnie na przerażający proces tzw. oczyszczenia, w którym najaktywniejszy udział wzięli działacze partii komunistycznej. Przecież to były klasyczne procesy pokazowe morderstwa sądowe. To nie były żadne sądy; to nie była sprawiedliwość, ale pospolite morderstwa, eliminacja fizyczna ludzi prawicy pod pretekstem walki z kolaborantami. Oczywiście, byli kolaboranci, byli tacy co za okupacji źle się prowadzili. I rzecz w tym, że de Gaulle pozwolił komunistom osądzać kto był, a kto nie był kolaborantem.
A Algieria?
Drugi problem to oczywiście Algieria. Zapewne pogląd Francuzów, że Algieria może być zagranicznym departamentem Francji był błędny. Były więc dwa rozwiązania: konfederacja Republiki Francuskiej z Francuską Republiką Algierii albo to, co zrobił de Gaulle. Co bowiem zrobił? W ciągu dwóch lat najpierw wygłosił słynną mowę zakończoną okrzykiem „Niech żyje francuska Algieria!", a zaraz potem prowadził represje przeciwko zwolennikom francuskiej Algierii! I to represje przerażające! Zostawił Algierię. Nakazał Francuzom ucieczkę. Wielu z nich nie zdążyło, zostało uprowadzonych, torturowanych i zabijanych. Ok. 3000 francuskich kobiet zostało uprowadzonych i zmuszonych do pracy w domach publicznych dla algierskich żołnierzy. I tego nigdy mu nie darujemy! Armia francuska dostała zakaz interwencji i ratowania tych ludzi. Do tego trzeba dodać straszny los, który spotkał tysiące Arabów, którzy byli lojalni wobec Francji. Ok. 150.000 z nich zostało schwytanych przez Algierczyków i było przetrzymywanych w przerażających warunkach. Byli barbarzyńsko mordowani, paleni żywcem. I de Gaulle na wszystko to pozwolił, a przecież to było prawdziwe ludobójstwo! Jego polityka nieinterwencji czyni z niego cichego wspólnika tego ludobójstwa. Gdybyśmy mu to wybaczyli, to zaraz potem byśmy musieli wybaczyć Hitlerowi i Stalinowi.
Jak Pan ocenia aktualność idei tradycjonalizmu takich myślicieli jak Joseph de Maistre, Louis de Bonald, Louis Veuillot, Charles Maurras? Przepraszam, ale jako specjalista od tego tematu, nie mogę się powstrzymać aby o to nie spytać…
Tak, oczywiście. To przecież fundamentalna część naszego narodowego dziedzictwa, chociaż de Maistre w sumie nie był Francuzem lecz Sabaudczykiem. To są wielkie nazwiska nie tylko kultury francuskiej, ale powszechnej. Kwestią jest więc znalezienie w ich myśli tego, co nadal jest aktualne. Bonald chyba dziś nie wiele znaczy. Nawet ja się nie uważam za bonaldystę. Ale to ważna postać, symbolizująca wizję restauracji monarchii. Joseph de Maistre to wielki pisarz francuskojęzyczny. Dla mnie szczególnie cenny i aktualny ze względu na swoją książkę o wolnomularstwie. To postać szczególnie ciekawa ze względu na swoje stosunki z masonerią, ważna dla zrozumienia związków masonerii z ideą rewolucyjną. To interesujące, aby zrozumieć stosunki iluminizmu, Weishaupta i Rewolucji. Zresztą i jego Rozważania nad Francją to wielkie arcydzieło literackie. Również jego Wieczory Petersburskie to niezwykle ciekawa wizja świata z rosyjskiej perspektywy. To człowiek o którym można powiedzieć, że był prawdziwym świadkiem historii. Jego rozważania o papiestwie świadczą o głębokiej ewolucji od masona i gallikanina do ultramontanina. Książkę O papieżu uważam za najbardziej interesującą ze wszystkich. Dziś oczywiście jest umniejszany i karykaturyzowany, ale ja uważam, że antologie jego tekstów zasługują na kolejne wydania, gdyż to warto czytać.
A Charles Maurras? Czy Pan jest maurrasistą?
Powiem tak: mam w bibliotece prawie wszystkie prace Charlesa Maurrasa, poza dwoma czy trzema tytułami. Jestem oczywiście jego wielkim admiratorem, wiele się go naczytałem i od niego przejąłem. Ale nie jestem jego uczniem, bo musiałbym być uczniem, który go zdradził. Maurrasa trzeba odczytywać w kontekście pewnej epoki. Jeśli się chce być ortodoksyjnym maurrasistą dziś, to tak jakby głosić naukę Arystotelesa w epoce Cyda. Dla przykładu: Maurras mówił, że demokracja jest zła zawsze i wszędzie. Tak nie jest. Poza tym trzeba pamiętać, że i myśl samego Maurrasa ewoluowała. Nie ma czegoś takiego jak Maurras zawsze i wszędzie taki sam. Są wątki ponadczasowe: np. Maurras-poeta czy ta wspaniała umiejętność klarownej analizy sytuacji politycznej. To był znakomity logik polityczny i dlatego umiał po analizie przyczyn przewidzieć polityczne efekty. Jean Jaures głosił, że spierać się z nim jest niebezpiecznie, gdyż on zawsze ma rację. A przecież był to radykalny adwersarz Maurrasa.
Czyli nie jest Pan maurrasistą?
Przejąłem od niego koncepcję tzw. czterech stanów skonfederowanych (żydzi, masoni, protestanci i obcokrajowcy – przyp. A.W.), czyli przekonanie, że wpływowe mniejszości, nawet jeśli wewnętrznie są skonfliktowane, potrafią dojść do władzy nad większością Francuzów, mimo że to katolicy i ludzie mający silne poczucie narodowe. Oczywiście, teza ta musi znów być adaptowana do aktualnej sytuacji, gdyż zajmująca się polityką i zorganizowana mniejszość homoseksualna to było coś, co w czasach Maurrasa było w ogóle nie do wyobrażenia. Charles Maurras i Jacques Bainville to byli ludzie proroczy: np. gdy marszałek Lyautey chciał zbudować meczet w Paryżu na wzgórzu św. Genowefy, to Maurras się temu sprzeciwił. Powiedział tak: rozumiem motywy, chodzi wszak o upamiętnienie kombatantów muzułmańskich, którzy walczyli za Francję; trzeba ich cenić i szanować, ale na meczet w Paryżu nie można się zgodzić. Oto prorok! Dziś mamy już nie setki, ale tysiące meczetów we Francji.
[…]
Bernard Antony to były poseł do Parlamentu Europejskiego. Przez 12 lat był członkiem Front National. Pisarz i dziennikarz. Założyciel prawicowego dziennika „Present". Działa w organizacji Chretiente-Sołidarite, skupiającej antykomunistów i obrońców chrześcijaństwa. Zajmuje się obroną cywilizacji łacińskiej, jest częstym gościem francuskich mediów m.in. paryskiego Radia Courtoisie.
Całość wywiadu: Pro Fide Rege et Lege nr 1 (60) 2008

