W tej chwili bycie człowiekiem wierzącym, w niektórych przynajmniej środowiskach, zaczyna wiązać się po prostu z bohaterstwem – powiedział w rozmowie z KAI ks. prof. Marek Starowieyski, znawca literatury starochrześcijańskiej i patrolog. Według niego „laicyzm obecny, rozwijający się szczególnie od XIX wieku, przybiera dziś formy patologicznego fanatyzmu, często wręcz groteskowego zacietrzewienia i skrajnej nietolerancji”. Ks. prof. Starowieyski zwraca uwagę na upadek kultury chrześcijańskiej w Polsce, widoczny także w dziedzinie literatury.
KAI: Jak z punktu widzenia znawcy literatury starochrześcijańskiej prezentuje się dzisiejsze chrześcijaństwo?
– W badaniu starożytnego chrześcijaństwa, bardziej od samej doktryny interesuje mnie człowiek: jak on w ciągu wieków przeżywał Boga. Ludzie w późnej starożytności dużo intensywniej przeżywali religię, a więc ich doświadczenia były bardzo bogate. Tragedią każdego chyba pokolenia jest przeświadczenie, że ci żyjący dawniej byli głupi i wszystko trzeba dopiero odkryć.
Nie wyobrażam sobie jakiejś patrologii archeologicznej, „starociowej”. Widzę ją raczej jako kontakt ze znajomymi, którzy mnie o czymś pouczają i z których mądrości czerpię, jak od starszych braci. A że były inne warunki? Cóż, ludzie jednak są do siebie podobni, zdarzenia też. Można więc bardzo wiele się nauczyć, szczególnie w tej najważniejszej ludzkiej sprawie: poznania i pokochania Boga.
KAI: Czy chrześcijanie pierwszych wieków byli ludźmi żarliwszej wiary niż współcześni?
– Co to znaczy pierwsze wieki? Każdy z nich jest zupełnie inny; I wiek jest inny niż II, III odmienny od IV, itd.; a ten wiek z kolei jest inny w Syrii, inny w Galii czy Konstantynopolu. Tamci chrześcijanie na pewno jednak mieli dużo łatwiejsze warunki dla swojej wiary. Późna starożytność był epoką wielkiego napięcia religijnego i niezwykłej żarliwości religijnej, nie tylko chrześcijańskiej, ale także pogańskiej. W tych warunkach łatwiej było wyznawać swoją wiarę niż w naszej epoce, gdzie panuje w tym względzie duża obojętność. Dla nich po prostu religia była sprawą najważniejszą. Dla nas już, niestety, nie.
KAI: Czy myśli Ksiądz, że znajdujemy się w epoce bezprecedensowego w dziejach, „chłodu” religijnego?
– Niewątpliwie stoimy wobec pewnej bezprecedensowości. Jeżeli w Cesarstwie chrześcijaństwo zwalczano w imię religii rzymskiej, to teraz zwalcza się je z nie mniejszą zaciekłością w imię ateizmu. Ten zaś rodzaj ateizmu jest zjawiskiem stosunkowo świeżym.
Owszem pojawiał się on w różnych epokach, ale nigdy w tak agresywnej formie jak dziś. Tym bardziej, że laicyzm obecny, rozwijający się szczególnie od XIX wieku, przybiera dziś formy patologicznego fanatyzmu, często wręcz groteskowego zacietrzewienia i skrajnej nietolerancji. Mieliśmy np. casus Buttiglione – to był klasyczny przykład zaszczucia człowieka w imię fanatyzmu antyreligijnego; można też podać przykłady z naszej polskiej rzeczywistości…
W tej chwili bycie człowiekiem wierzącym, w niektórych przynajmniej środowiskach, zaczyna wiązać się po prostu z bohaterstwem. Każde wyznanie wiary czy nawet samo mówienie o prawdzie absolutnej jest traktowane jako fundamentalizm, „ajjatollahizm”, „talibanizm” itd., itd. Ponadto ludzie współcześni niewierzący, w przeciwieństwie do tych, których znałem w dzieciństwie, zupełnie nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć czym jest i może być dla człowieka wierzącego wiara, kim jest Chrystus czy Maryja, czym Pismo św. i Kościół, i nieustannie ranią ludzi wierzących swoimi często ordynarnymi bluźnierstwami i dowcipasami w imię tolerancji i wolności. Tolerancja jest dla wszystkich z wyjątkiem chrześcijan.
KAI: Powiedział Ksiądz, że właściwie każde pokolenie sądzi, że żyje w czasach wyjątkowych. Może więc błędne jest i to obecne poczucie niespotykanego wcześniej „stężenia” agresywnego laicyzmu?
– Pamiętamy, jak w szkole wbijano nam do głowy, że wszystko przed rewolucją październikową było do kitu a teraz wszystko jest wspaniale. Francuzom wbija się do głowy, że ich historia zaczyna się od Rewolucji Francuskiej; nowi ideolodzy – wszystko jedno: lewicowi czy prawicowi – tłumaczą, że wszystko zaczyna się od nich właśnie…
Myślę, że ogromnym niebezpieczeństwem Europy jest oderwanie się od swoich korzeni. Zapomnieliśmy, że to, co stanowi prawdziwą wartość współczesnej Europy zrodziło się z trzech elementów: z greckiego pojęcia wolności, z rzymskiego określenia osoby ludzkiej oraz z miłości chrześcijańskiej. Jeżeli ktoś nie zna Grecji, nie ma szacunku dla prawa rzymskiego i wywodzącej się z niego koncepcji osoby ludzkiej a powtarza za Majakowskim „jednostka zerem, jednostka bzdurą, jednostki głosik cieńszy od pisku”; i w końcu jeśli nie wie, że wolność i wartość osoby ludzkiej cementowała miłość chrześcijańska – po prostu nie rozumie Europy.
KAI: Nasz kontynent cierpi na „deficyt” owych mądrych, którzy chcą budować przyszłość nie tracąc z pola widzenia dorobku minionych pokoleń?
– Każdy ogrodnik wie, że korzenie są najważniejsze. W tej chwili o nich zapomnieliśmy, a tworzymy koncepcję zjednoczonej Europy, daleką od tej, którą mieli jej prawdziwi ojcowie: Adenauer, Schuman, de Gasperi, czy Jan Paweł II. Jaka to historia Europy, gdy np. z historii Francji wyeliminuje się Chlodwiga i jego chrzest a z Polskiej – jej tysiącletnie chrześcijaństwo, jak to chcieli Gomułka and company? Dzisiaj odcina się człowieka od jego historii, by móc nim manipulować, bo z człowiekiem bez korzeni można zrobić wszystko.
KAI: Jakie będzie w takim razie chrześcijaństwo przyszłości? Czy wróci do małych ale niezwykle mocnych duchowo enklaw, które będą w stanie oprzeć się pokusom i presjom laickiego świata?
– Nie wiem i nie mam zamiaru bawić się w proroka, szczególnie zaś w sytuacji polskiej, gdzie od kilkudziesięciu lat działają z zapałem prorocy, tyle że z ich proroctw jakoś dotąd niewiele wychodzi…
U nas, zgodnie z duchem poprawności politycznej, której ulegają zarówno niekatolicy jak i niektórzy katolicy, trzeba na ogół o Kościele mówić źle. Dziś każde szanujące się pismo, katolickie czy nie musi przypadkiem rozwijać jeremiady nad Kościołem, zazwyczaj bardzo nudne i banalne, nie mające jednak wiele wspólnego z polską rzeczywistością. Bo widok Polski katolickiej z okien dziennikarskiej Warszawki czy Krakówka jest bardzo daleki od rzeczywistości polskiego Kościoła.
Moja wizja Kościoła jest nieco inna, bo jest oparta nie na donosach dziennikarskich, ale na oglądzie. Przewędrowałem i ciągle to jeszcze czynię w miarę moich sił, Polskę od Świnoujścia do Ustrzyk i od Ełku po Wisłę; nocuję po plebaniach i nie tylko; rozmawiam z księżmi, biskupami a także ludźmi, którzy nie wiedzą, kim jestem. Widzę świetne zespoły parafialne, ciekawe inicjatywy, rozwijające się dynamicznie liczne ruchy, księży świetnie współpracujących z nauczycielami a proboszczów z władzami w celu pomocy ludziom; dostrzegam ciekawe inicjatywy w seminariach, itd., itd. Czy wszędzie? Oczywiście, że nie, ale byłoby naiwnością, że wszędzie wszystko jest OK. Trzeba jednak mieć dużo złej woli albo być daltonistą na dobro, (do czego zresztą nas pilnie przyuczają mass media katolickie i laickie), by tego dynamizmu polskiego Kościoła nie widzieć.
Nieszczęściem każdej parafii są dewotki, wścibskie plotkary, węszące zło w Kościele, szczególnie u księży, i z wyraźną satysfakcją rozplotkowujące, czy jest ono prawdziwe czy nie. Jakże często nasi dziennikarze, katoliccy czy nie, przynajmniej niektórzy, są do nich dziwnie podobni. Proponuję ustanowić nagrodę „dewotki roku” dla dziennikarzy zajmujących się Kościołem. Rywalizacja zapowiada się ostro…
KAI: Czy ma Ksiądz w dawnych epokach swoich mistrzów, ludzi, do których postaw i dorobku chętnie sięga jako do przewodników po dzisiejszych drogach myślenia o Bogu, chrześcijaństwie, kulturze?
– Nie mam takich konkretnych przewodników. Jeżeli chodzi o myślenie o Bogu, to z największym zaufaniem podchodzę do doświadczeń świętych. Wiemy, że mnóstwo ludzi potrafi bardzo pięknie mówić o Panu Bogu; byli moraliści, którzy pisali pięknie o dobru, ale ich życie, delikatnie mówiąc, daleko odbiegało od tych wzorów… Natomiast święci są ludźmi, którzy pisali z własnego doświadczenia. To ludzie pewni, na których mogę się oprzeć. Uważam, że wielką stratą dla Kościoła jest zaniechanie czytania życiorysów świętych; sam wiem, jak wiele im zawdzięczam.
Zwróćmy uwagę na to wielkie bogactwo, jakie Polsce i całemu światu zaproponował Jan Paweł II poprzez ogromną gamę ludzi wyniesionych na ołtarze. A co my, Polacy, wiemy o ludziach beatyfikowanych czy kanonizowanych przez Jana Pawła II, nawet o naszych rodakach? Przypominają mi się słowa Ewangelii o rzucaniu pereł przed wieprze.
Ktoś kiedyś napisał bardzo pięknie o wzorcach: całe wieki Europa wychowywała się na czytaniu życiorysów bohaterów starożytnych oraz świętych. Czytano żywoty świętych oraz Żywoty sławnych mężów Plutarcha, i te pozytywne wzory formowały postawy ludzi. Te wzory zarzuciliśmy, a nowe wzorce są wątpliwej jakości etycznej i estetycznej.
KAI: Czy Księdza zdaniem są tacy współcześni chrześcijańscy pisarze którzy się „ostoją”, którzy będą ważni za sto czy dwieście lat, którzy będą określani jako słupy milowe w rozwoju chrześcijańskiej kultury?
– Myślę, że tak z tym zastrzeżeniem, że to nie zawsze sami pisarze są słupami milowymi lecz raczej ich dzieło… Myślę, że wyjątkowo niemądra, wręcz kompromitująca była dyskusja: Gombrowicz czy Dobraczyński. Nie wypowiadam się o Gombrowiczu, bo go nie znam, ale zupełnym bezsensem były ataki na Dobraczyńskiego i na jego świetne "Listy Nikodema", przełożone, dodajmy, na kilkadziesiąt języków. Laicki fanatyzm ocenzurował literaturę chrześcijańską, została wycięta z programów szkół średnich i uniwersytetów, i jakoś to zupełnie nie oburza naszych obrońców wolności, tolerancji i szerokości horyzontów.
KAI: W jednym z wywiadów mówi Ksiądz o Ojcach Kościoła, że znali dogłębnie kulturę swoich czasów i używali jej dla wyrażenia nauki Ewangelii. Czy współcześni chrześcijanie potrafią rozpowszechnić Dobrą Nowinę wśród ludzi początku XXI wieku?
– Ojcowie Kościoła stanęli wobec bardzo trudnego zadania. Chrześcijaństwo bowiem powstało w świecie semickim, tak bardzo różnym od kultury grecko-rzymskiej. Ojcowie Kościoła dokonali gigantycznego dzieła myślowego: przełożyli religię semicką na bogate kulturowo języki grecki czy łaciński i w ten sposób chrześcijaństwo nie tylko stało się powszechnie dostępne, ale otrzymało świetne narzędzia komunikacji społecznej i do dalszego rozwoju teologii. Ale oni to dokonali dlatego, że dogłębnie znali kulturę swoich czasów. Pisma Klemensa Aleksandryjskiego czy Augustyna naszpikowane są cytatami z ówczesnej literatury lub aluzjami do niej. Jeżeli nam jest trudno przekazać wiarę ludziom współczesnym to dlatego, że po prostu kiepsko znamy kulturę europejską. Znamy telewizyjną popkulturę i to dobrze, bo i ją trzeba znać – ale brak nam znajomości kultury: i tej uniwersalnej i tej współczesnej. Stąd kłopoty z wzajemnym dialogiem Kościoła i świata. Do tego dochodzą bezmyślne stereotypy i bełkot językowy – nowa drętwa mowa z jednej i z drugiej strony. Ten dialog jest potrzebny obydwu stronom. Jak go prowadzić? Nie mam recepty, wiem tyle, że jest konieczny.
KAI: Czy kultura towarzysząca pierwszym wiekom chrześcijaństwa była, by tak rzec, bardziej wyrafinowana, stała na wyższym poziomie? Czy współczesna na tle tamtej wydaje się Księdzu skarlała, zdegradowana? A może jednak wyższa?
– Cóż, kultura ma swoje wzloty i dołki, i w tej chwili jesteśmy w jakimś dość głębokim dołku i, daj Boże, abyśmy z niego wyszli jak najprędzej, ale proszę zwrócić uwagę na literackie Noble w ostatnich latach: Wiera Jelinek czy Dario Fo! W dziedzinie literatury zjeżdżamy w dół; chyba to samo jest i w innych dziedzinach sztuki. Czy dziś powstają równie wspaniałe i porywające dzieła sztuki jak na przełomie XIX i XX w.? Wątpię.
KAI: A jak ocenia Ksiądz Profesor siłę inspiracji chrześcijańskiej w dzisiejszej polskiej kulturze?
– Współczesna polska kultura katolicka jest przykładem degrengolady. Gdy jako młody człowiek wchodziłem w życie, w latach pięćdziesiątych, kultura katolicka była murowana, dziś nawet nie jest drewniana. Mieliśmy grupę dobrych pisarzy, świetne centrum intelektualno-kulturalne, jakim był KUL, świetne wydawnictwo (wyraźnie mówię o wydawnictwie!) PAX, które gromadziło grupę wybitnych pisarzy i intelektualistów: oni w najtrudniejszych latach przyswoili polskiej kulturze kwintesencje wielkiej kultury chrześcijańskiej Europy, od Klemensa i Augustyna, do Bernanosa i Greena. Wyjeżdżając na studia za granicę w 1968 r. byłem dużo bardziej obyty z literaturą katolicką niż moi koledzy z Francji, Anglii czy Niemiec. Co z tego zostało?
KAI: A może wspaniały przykład Jana Pawła II – chrześcijańskiego humanisty, intelektualisty, i człowieka kultury – zaowocuje jednak elitami, które nadadzą nową jakość polskiemu chrześcijaństwu?
– Myślę, że tragedią obecnej sytuacji jest to, że spadek kultury następuje po pontyfikacie papieża, który jak może żaden z poprzedników, kładł w tak ogromnym stopniu nacisk na kulturę! Nie inwestował we wspaniałe budowle, bo nie miał takich środków jak papieże renesansu, ale dał podwaliny pod dalszy rozwój kultury chrześcijańskiej. Tymczasem Polska tego nie usłyszała. Zaryzykuję stwierdzenie, że w tej dziedzinie dokonaliśmy wręcz kontestacji nauki Papieża. Gdzie jest mecenat kultury? Jakie wielkie biblioteki powstały? Jakie wielkie dzieła architektury? Zamiast tego mamy jakieś żałosne koncerty religijne transmitowane nawet przez TV. A co przywoziliśmy Papieżowi z Polski do Rzymu?
KAI: Czy powstaną nowe elity? Robimy wszystko, by ich nie było wobec braku mecenatu Kościoła.
– W literaturze? Pisarze muszą pisać i mieć gdzie drukować, jest im to potrzebne jak rybie woda. Ale wydawnictwu nie opłaci się promować młodych pisarzy i nieprzytomnie tłumaczą z obcych języków (często sieczkę) zamiast zadawać prace polskim intelektualistom, tworzyć zespoły (choć tu widać lekką poprawę). Wydawnictwa nie mają programu kulturalno-duszpasterskiego, ale są instytucjami biznesu, a pieniądze przez nie zarobione bynajmniej nie służą promocji kultury ani wsparciu pisarzy, którym czasami po prostu nie płacą. Książki się nie rozchodzą, szczególnie te trudniejsze, ponieważ hurtownie myślą tylko o zysku, brak informacji o książkach, w tzw. „księgarniach katolickich”, sprzedaje się schwarz mydło i powidło, wszystko co jest chodliwe: jedna z księgarń rozprowadzała książkę Jehowitów. I wydawnictwa i księgarnie prowadzą zazwyczaj ludzie przypadkowi. Z czego mają się utrzymać pisarze, szczególnie świeccy?
KAI: A co z prasą katolicką?
– Jest tyle tytułów, ale jakie jest ich czytelnictwo? Nie wiemy i podawanie jakichkolwiek liczb jest księżycowe, ponieważ zazwyczaj parafie otrzymują obowiązkowo i bezzwrotnie określoną liczbę egzemplarzy i, gorzej, nie ma jej w kioskach. A jej poziom? Proszę znaleźć i przeczytać stopkę. Redaktor może zrobić wszystko z artykułem: skrócić, zmienić tytuł, zadiustować (czytaj: wszystko pozmieniać a nawet coś niecoś dodać od siebie).
Mieliśmy dyktaturę ciemniaków teraz mamy dyktaturę kacyków redakcyjnych. A to znajduje się we wszystkich chyba pismach katolickich, poczynając od ponoć ambitnych „Tygodnika” i „W drodze”, nawet w „Gościu Niedzielnym”, który z wolna rośnie na dobry magazyn katolicki. Mamy więc pisarzy takich, którzy w niej piszą nie szanując swej godności pisarza, i takich, którzy wprawdzie ją szanują, ale nie mają gdzie pisać. I nie będzie polskiej publicystyki katolickiej dopóki redaktorzy czasopism nie zastosują zasad zwyczajnej uczciwości. Natomiast w tej sytuacji generalnej nieuczciwości, propozycja „copyright” na kazania jest kompletnym nonsensem i zaprzeczeniem dwudziestu wieków tradycji Kościoła, gdzie w imię solidarności chrześcijańskiej dobrzy mówcy dzielili się swoimi kazaniami ze słabszymi.
Sztuka. Napisano wiele o kościołach podobnych do hal sportowych, o dziwactwach architektów i o kiczu lub wygłupach malarzy kościelnych. Przy ogromnym popycie na sztukę, co zrobiono by podnieść jej poziom? Co gorzej, księża administrują ponad połową polskich pomników architektury, a równocześnie w seminariach duchownych zniesiono (tak!) obowiązkowy kurs historii sztuki. Szanując rozdział Kościoła i Państwa, powinno interweniować Ministerstwo Kultury i Sztuki, bo tu chodzi o dziedzictwo narodowe. Dodajmy, że w seminariach zazwyczaj nie panuje piękno, a więc klerycy już od początku przyzwyczajają się do kiczu. Zastanawiam się, jaka będzie pobożność ludzi modlących się w tej współczesnej brzydocie.
KAI: Piękne przykłady chrześcijan z różnych epok dawał światu, więc i nam, Jan Paweł II. Pokazywał owo dobro w Kościele.
– Papież zdawał sobie sprawę ze zła panującego na świecie i na to zło chciał dać antidotum. Po strasznym upodleniu człowieka i po zbrodniach, które miały miejsce w XX wieku, chciał ludziom pokazać konkretne dobro, to ogromne dobro, które ma miejsce w Kościele, i to u ludzi różnych grup społecznych. To jest część eklezjologii Jana Pawła II, której nie zrozumie się bez tego wielkiego programu beatyfikacji i kanonizacji. To także najlepsza ilustracja konstytucji soborowej Lumen gentium, o Kościele, światłości narodów…
Proszę jednak zwrócić uwagę – i tu przechodzę do następnego kryzysu, jaki nas toczy – na osoby beatyfikowane przez Jana Pawła II. Chodzi mi o związek świętości i teologii. Jan Paweł II „przeczyścił” cały Kościół, gdziekolwiek tylko mógł kogoś znaleźć kandydata na ołtarze. I co? Nie znalazł ani jednego wielkiego teologa. Ostatnim świętym teologiem był Alfons Liguori żyjący dwieście lat temu. Od dwustu lat nie mieliśmy świętego teologa!
KAI: Czy mówi to coś ważnego o współczesnym Kościele?
– Raczej o współczesnej teologii, bo wyjaśnia jej nieskuteczność. Teologia stała się religioznawstwem a przestała być teologią. Ten sposób uprawiania teologii jaką my mamy byłby kompletnie niezrozumiały dla starożytnego chrześcijanina.
KAI: Dlaczego?
– Bo dla tamtejszego człowieka na teologię składały się trzy elementy: poznawanie, asceza, modlitwa. Teologiem nie mógł być ktoś, kto nie żył modlitwą kto nie żył życiem Bożym. Stąd wzięła się tak wielka liczba świętych teologów, którzy nie tylko prowadzili intensywne życie intelektualne, ale dzieła wiodły i ich, i czytelników do miłości Boga.
KAI: Od dwustu lat pustka?
– Tak. Nie łudźmy się: ani na uniwersytetach ani na wydziałach teologicznych nie wykłada się teologii – to jest to nauka o religii lub o teologii. Teologia, która nie jest połączona z ascezą i z modlitwą nie jest teologią. Teologię uprawia się w Polsce jeszcze w seminariach, gdzie tworzy ona (lub powinna tworzyć) jedność z życiem modlitwy, sakramentalnym i z ascezą. Pamiętam rozmowę w Libanie z mnichem, profesorem tamtejszego Uniwersytetu Katolickiego. Wrócił z Europy, odwiedził ważne centra teologiczne we Francji, Niemczech, Belgii i inne. Był zgorszony teologami i ich zlaicyzowaniem (a spotkał tych największych!), mówił o nich „ces messieurs” (ci panowie).
KAI: Nasuwa się pytanie o Tomasza Węcławskiego – czy jego postawa jest potwierdzeniem opinii o rozejściu się dróg teologa i człowieka wiary?
– Myślę, że w pewnym stopniu tak, ale wedle mego rozeznania, przyznaję dość szczątkowego, po pierwsze zrobiono z niego genialnego teologa, porównywano go z Lutrem, a takowym na pewno nie był, a po drugie, słuchając jego nieco dziwnych wypowiedzi i obserwując jego niespójne zachowanie podejrzewam (i nie tylko ja!), że jest to raczej problem psychiczny.
KAI: A może – jak pisał Miłosz – w Polsce nigdy nie było dobrej teologii?
– Miłosz był wielkim poetą i mądrze mówił o poezji, o innych rzeczach, nie zawsze…
KAI: A więc niewierzący nie może być dobrym teologiem?
– W tym jej znaczeniu, a było to znaczenie przyjmowane przez kilkanaście wieków chrześcijaństwa, na pewno nie może być nie tylko dobrym teologiem, ale w ogóle teologiem. On zajmuje się religią i może być jej ciekawym znawcą, ale nie jest teologiem.
KAI: Uparcie walczy Ksiądz o piękno w Kościele…
– Bo na nim się wychowałem. W czasie rabunku dworu podczas reformy rolnej matka zostawiła wiele rzeczy jak się wydawało cenniejszych, a uratowała albumy malarstwa i architektury. I gdy w domu było głodno i chłodno ona nie zapomniała, by nam coś opowiedzieć o pięknie Florencji i Wenecji, o Michale Aniele czy Stanisławskim, czy przeczytać Sienkiewicza czy Mickiewicza.
Piękno jest wielkim darem Boga, Jego promieniem, stąd boli mnie brzydota panosząca się w kościołach. A przeciwieństwem piękna jest nie tylko kicz, ale i banał. Jakże banalny jest człowiek z kiczu malarskiego (pobożnego, bezbożnego czy obojętnego), z filmu telewizyjnego; jak banalna bywa muzyka.
Dlatego podkreślam, jak ważna dla księdza jest kultura. Ksiądz, który będzie traktował drugiego człowieka w kancelarii, na ambonie a przede wszystkim w konfesjonale, jak tuzinkową postać z serialu telewizyjnego, straci go! Ksiądz-duszpasterz musi zaczynać od tego, co jest dobre i piękne w człowieku, od wychwycenia jego inności, niepowtarzalności i opierając się na tym, mówić mu o wielkości i miłości Boga. Zaczynanie od zła prowadzi donikąd.
KAI: A więc każdy ksiądz musi dbać o to, by „nasiąkać” dobrem i pięknem.
– Tak jest. Bo brzydota, banał i nieustanna negacja są wrogami humanizmu.
Rozmawiał Tomasz Królak
Źródło: KAI
________________________
Ks. Marek Starowieyski (ur. 1937, święcenia kapłańskie – 1960), profesor, doktor habilitowany Uniwersytetu Warszawskiego, znawca literatury wczesnochrześcijańskiej, patrolog.
Studia z filologi klasycznej odbył na UW, doktorat z teologii uzyskał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, habilitację z patrologii na PAT w Krakowie.
Był profesorem patrologii, łaciny i greki w Wyższym Seminarium Metropolitalnym w Warszawie, przez kilka lat pracował w watykańskiej Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego. Redaktor serii „Źródła monastyczne” (38 tomów) i „Ojcowie żywi” (17 tomów). Opublikował m.in. „Słownik wczesnochrześcijańskiego piśmiennictwa” (współautor), dwutomowe „Apokryfy Nowego Testamentu”, „Duchowość starożytnego monastycyzmu”(red. KAI)

